Tytuł: Just be
Parring: Grimmjow x Ulquiorra
Anime: Bleach
Narracja: pierwszoosobowa
Od autorki : Yo kochani! Na wstępie chcę coś wyjaśnić. Wcale nie skończyłam z Bleachem. Wierzę, że w dalszym ciągu będę pisać z niego parringi, choć nieco sporadycznie.
Już wkrótce uraczę was kolejną częścią Only love :) Byłabym również wdzięczna za komentarze, czy to opko przypadło Wam do gustu ^^
Część: 2 (ostatnia)
*
- Nie jestem dla ciebie odpowiednią osobą. - powiedziałeś cicho. Twój głos był kojący jak nigdy.
- W przeciwieństwie do ciebie, ja nigdy nie żałuje swoich decyzji.
Patrzyłem na ciebie pewnie. Chciałem, żebyś wiedział, że nie żartuje. W takiej sytuacji nie śmiałbym.
Uśmiechnąłeś się, co szczerze mnie zdziwiło. Nigdy wcześniej nie widziałem, żebyś tak się uśmiechał. Nie kpiąco, nie psychopatycznie. Normalnie. Jak ktoś, kto nigdy nie doświadczył tyle bólu, ran i łez, co ty.
Skąd wiem, że płakałeś? Cóż, każdy ma swoje tajemnice. Jednak będę szczery. Nie pierwszy już raz cię obserwuję. Nie mam pojęcia, co to oznacza. Widziałem już parę razy, jak z twoich pięknych, błękitnych oczu płyną łzy. Płakałeś u siebie, na korytarzu, a raz nawet przed moją komnatą. Fakt, byłeś niesamowicie silny. Nieustępliwy, niecierpliwy, łatwo wpadający w złość i pewny siebie. Lecz nawet ktoś taki jak ty musi czasem odreagować. Inaczej nie byłby sobą. Oszalałby. Negatywne emocje oraz słabość zawładnęłyby tobą, gdybyś w porę się ich nie pozbył.
- Niesamowicie rozmowny dzisiaj jesteś. - mruknąłeś cicho i zwilżyłeś wargi. Doroby, acz seksowny gest.
- Boli cię?
Wskazałem w miejsce, gdzie powinna znajdować się twoja ręka.
- Bardzo, kurwa.
Nie miałem pojęcia, czy się nabijałeś, czy mówiłeś serio. Przejąłem się. Wydawało mi się to niemożliwe, a jednak. Obudziłeś w moim sercu dziwne emocje. Nie znałem ich. Aż do wtedy.
- Idziemy do mnie? - zapytałeś. W jakim celu? Ah, no tak. Za żadne skarby nie chciałem ci wyznawać miłości. Jednak mamy swoje potrzeby. Ludzkie słabości. Nie chciałem ci ulec, ale było już za późno. Kiwnąłem głową, na znak, że się zgadzam.
Ruszyliśmy ramię w ramię przed siebie. Nie rozmawialiśmy za wiele, w powietrzu wyczuwałem napięcie. Nerwowym(!) ruchem odgarnąłem włosy z twarzy. Nie minęła chwila, jak znaleźliśmy się w twojej komnacie.
Znacznie różniła się od mojej. To potwierdzało, że żaden z nas nie jest ananimowy. Ma swoje uczucia, potrzeby, kaprysy.
Ściany były niebieskie, a sklepienie opuszczone znacznie niej, niż u mnie. Ogromna, biała szafa naprzeciw nie mniejszego łóżka ze srebrną pościelą. Obok niego stała mała, kamienna szafka z lampką nocną, która była jedynym aktywnym źródłem światła w pokoju.
Tylko chwilę miałem na rozejrzenie się. Potem popchnąłeś mnie na łóżko i rzuciłeś na mnie. Wbiłeś się w moje usta, a dążącą ręką rozerwałeś górę mojego stroju. Wstąpiło w ciebie zwierzę. Chciałem to zrobić nieco wolniej, ale uprzedziłeś mnie. Zacząłeś oddychać dwa razy szybciej niż normalnie. Twoja ręka zjechała na mój tors i zaczęła masować moją bladą skórę.
- Ale ty jesteś biały. - skomentowałeś cicho, całując mnie po szyi.
- Nie narzekaj. - westchnąłem, gdy zassałeś się, tworząc czerwony punkcik tuż pod linią mojej szczęki.
- Gdzież bym śmiał.
Zjechałeś wargami o parę milimetrów w dół, zahaczając zębami o mój wystający obojczyk. Syknąłem, a ty zacisnąłeś palce na moich sutkach.
Spotkałem się z czymś, na co trudno mi było zareagować. Zacząłem wierzgać nogami, skopując śliska pościel. Następnie głośno jęknąłem, odchylając głowę w tył.
- Co jest? Nigdy tego nie robiłeś? - mruknąłeś tuż przy moim uchu, ponownie zasypując moją szyję malinkami. Poczułem, jak się czerwienię.
- Nie. - odpowiedziałem szybko, nieśmiało zsuwając ci kurtkę z pleców. - A ty...?
Zaśmiałeś się pod nosem.
- A od czego ma się fraccion..?
Gwałtownie odwróciłeś mnie na brzuch.
- Wypnij się...
Spełniłem twój rozkaz, a ty zsunąłeś moje spodnie, które luźno opadły w dół. Zacisnąłem dłonie na prześcieradle.
Dźwięk rozpinanego rozporka, dotyk, ból.
Wszedłeś we mnie za jednym razem. Zarzuciłeś mi rękę na szyję, tworząc coś na wzór niezdarnego uścisku. Czułem twój oddech na szyi i ciebie samego we mnie. Twój członek pulsował w moim wnętrzu. Nie ruszałeś się, chcąc dać mi chwilę na przyzwyczajenie się. Przygryzłeś skórę na mojej łopatce i zacząłeś poruszać biodrami. Wychodziłeś i wchodziłeś we mnie raz po raz, warcząc głucho. Prócz początkowego bólu zacząłem odczuwać...przyjemność. Ręką jeszcze bardziej mnie ścisnąłeś, zwiększając tym samym intensywność pchnięć.
Jęknąłem, gdy natrafiłeś na pewien punkt wewnątrz mnie. Zacząłem wić się i sapać niekontrolowanie.
- Grimm..jow...szybciej...
Spełniłeś moje żądanie. Zacząłeś poruszać się dwa razy szybciej. Do moich oczu cisnęły się łzy, a we wnętrzu szalał prawdziwy ogień. Nie wiem kiedy, moja ręka znalazła się na moim członku i zaczęła poruszać. Było mi cholernie dobrze i nie mogłem uwierzyć, że to właśnie ty dajesz mi tę przyjemność. Pchnąłeś mocno jeszcze parę razy i to wystarczyło. Wgryzłeś się w mój kark, a ja wygiąłem się w tył, drgając przy tym niekontrolowanie. Krzyknąłem, zalewając ciepłą, gęstą cieczą swoją dłoń i podbrzusze.
Warknąłeś i również doszedłeś w moim wnętrzu. Spazmy rozkoszy rozeszły się po moim ciele, gdy zmęczony padłem na twarz na łóżko.
Wyszedłeś ze mnie i opadłeś na moje plecy. Czułem w sobie rozchodzące się ciepło, gdy wypływało ze mnie twoje nasienie. Bez ciebie we mnie czułem się niekompletny.
Leżałeś na mnie jeszcze chwilę, po czym zsunąłeś się na miejsce obok. Nie wiedziałem, co mam o nas myśleć. Wolałem cię nie pytać. Jeszcze mógłbym usłyszeć coś, co wywarłoby na mnie wrażenie. Pozytywne, a może całkiem odwrotne.
Wsłuchałem się w twój oddech, bicie serca i z przerażeniem odkryłem, że przy tobie czuję się bezpiecznie.
Za nic w świecie nie chciałem cię stracić.
Patrzyłem, jak powoli zasypiasz. Musiałeś mi ufać. Gdyby tak nie było, zachowałbyś ostrożność, w obecności kogoś o wyższym stopniu.
Ja też zacząłem ci ufać. I to mnie niepokoiło.
Minęło trochę czasu. Odzyskałeś rękę, dzięki umiejętnościom rudowłosej kobiety. Od tego czasu kochaliśmy się niemal codziennie. Było mi dobrze. Przyjemnie.
Kobieta została oddana pod moją opiekę. Wiedziałem, że jesteś zazdrosny, czemu upust dawałeś w sypialni. To do ciebie pasowało. Czułem się nawet troszkę dopieszczony. Zależało ci na mnie. Wiesz, Grimmjow...mi na tobie też...
Ichigo Kurosaki wtargnął do Last Noches. Uratować ludzką kobietę, która, muszę przyznać, okazała się bardzo dziwna. Mówiła dziwne rzeczy, zachowywała się dziwnie. Jej obecność zaczęła mnie męczyć.
Jednak...coś się zmieniło. Napięcie wisiało w powietrzu. Znałem cię zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć co zrobisz. Spotkałem cię na chwilę przed tym, jak stoczyłeś walkę.
- Grimmjow. Gdzie idziesz? - zapytałem, choć dobrze znałem odpowiedź.
- Odegrać się, kurwa. Tylko nie próbuj mnie zatrzymywać. - warknąłeś ostrzegawczo.
- Nie zamierzam. Chcę jedynie, żebyś mi coś obiecał.
Podszedłeś tak blisko mnie...Miałem ochotę porwać się w ramiona i już nigdy nie wypuszczać.
- Uważaj na siebie.
Zaśmiałeś się cicho i pocałowałeś krótko w usta.
- Przecież wiem. Wrócę z głową tego pieprzonego shinigami.
- Jasne.
Uśmiechnąłeś się dziko i pobiegłeś.
Gdyby wiedział...gdybym tylko wiedział...
Już nigdy nie wróciłeś do naszej sypialni. Już nigdy nie poczułem twoich warg na moich. Co mi pozostało? Zemsta.
Jestem gotów zginąć. Ale najpierw niech zginie Ichigo Kurosaki.
Grimmjow...jeszcze się spotkamy. Może wtedy będę gotów ci powiedzieć, jak bardzo cię kochałem.
end.
STRONY
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bleach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bleach. Pokaż wszystkie posty
15.04.2015
14.04.2015
Just be (GrimmUlqui) cz.1
Tytuł: Just be
Parring: Grimmjow x Ulquiorra
Anime: Bleach
Narracja: pierwszoosobowa
Od autorki: Yo kochani! Przepraszam za opóźnienie, ale jeśli mam być szczera to zapomniałam o dodaniu notki, gdyż takowa była już nieco dawno napisana :'DD
Dzisiaj serwuję Wam coś z 'wybielacza'. Bardzo lubię ten parring. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu w moim wydaniu. Dodatkowo, art na koniec to mój rysunek - stary bo stary, ale za to ponadczasowy ^^ Cd już w sobote ^^ A Only love jest już w drodze :)
Muzyka : http://m.youtube.com/watch?v=M0k_i8PPM40
Część: 1
*
Moje istnienie. Czym było, nim pojawił się Aizen-sama? Nie wiem. Na pewno nie było to nic przyjemnego. Byłem, egzystowałem, ale to nie miało sensu. Mam wrażenie, że nie tylko ja tak o tym myślę. Sosuke Aizen dał mi oraz reszcie, poczucie wolności. Złudnej wolności, ale dzięki temu odnalazłem w życiu sens.
Wytatuowana mi cyfrę 4 na piersi. Przydzielono komnatę oraz fraccion. Byłem wdzięczny, za wyrwanie mnie z objęć nicości. Dlatego tak wiernie ci służę, Aizen-sama.
Znam poczucie własnej wartości, czuję swoją siłę. Jestem tego w pełni świadom. Delektuję się tym w głębi serca, jednak na co dzień przybieram maskę obojętności. Nie obchodzą mnie "problemy" Last Noches. Nie obchodzi mnie nic, oprócz wypełniania rozkazów.
Tak jest. Więc czemu, gdy patrzę na te niebieskie, pełne nienawiści, kpiące oczy, mam wrażenie, że ich właściciel nie jest mi obojętny? Każdego dnia, ukradkiem na ciebie spoglądam, Grimmjow. Zauważyłeś to, ale nie dajesz tego po sobie poznać. Nie uważasz mojego spojrzenia za nic godnego twojej uwagi, prawda?
I to mnie rani.
Nienawidzę cię, irytuje mnie twój sposób bycia, twoja porywczość. Ale jednak nie jesteś mi obojętny. Niechęć przerodziła się w ciekawość. Ciekawość w zainteresowanie. A dalej...?
To niewiarygodne, jesteś takim idiotą. Jak mogłeś bez pozwolenia udać się do świata żywych, pozbawiając przy tym Aizena-same o kilku fraccion? Jestem tym zbulwersowany, na szczęście poniosłeś odpowiednią karę. Brak ręki bardzo narazi twoją pozycję.
- I po co ci to było?
Widząc cię na korytarzu nie mogłem pozostać obojętny.
- Spieprzaj.
Nawet się nie odwróciłeś. Nie wiedziałem, co we mnie wstąpiło w tamtym momencie. Zazwyczaj opanowany, w tamtym momencie puściły mi hamulce. Poszedłem za tobą, choć normalnie nigdy bym tego nie zrobił.
- Grimmjow.
Nie zatrzymałeś się, tylko jeszcze bardziej przyspieszyłeś. Jak na kogoś bez ręki, kto teoretycznie powinien być choć trochę osłabiony, sprawiałeś zupełnie inne wrażenie. Jak dziki kot. Osaczony, bez wyjścia. Musiałeś zachować podwójną ostrożność. Nnoitra już pewnie ostrzył sobie zęby na twoją pozycję.
Wyszliśmy z obrębu ciasnych, białych korytarzy na dach jednego z zabudowań. Tam, gdzie w przyszłości miałem stoczyć moją ostatnią walkę.
Dopiero wtedy przystanąłeś i gwałtownie obróciłeś się w moją stronę.
- Czego, do nędzy, ode mnie chcesz?? - wydarłeś się tak, że po raz pierwszy poczułem jakikolwiek respekt w stosunku do ciebie.
- To co zrobiłeś, było nierozsądne.
- Co ty, kurwa, nie powiesz??
W twoich oczach szalała prawdziwa furia. Wydawało mi się, że nie cofniesz się przed niczym. Mimowolnie spojrzałeś w miejsce, gdzie powinna znajdować się twoja lewa ręka. Zapewne, gdybyś ją miał, zacisnąłbyś ją w pięść.
Zamiast tego wykrzywiłeś swoją twarz w grymasie złości. Podszedłeś nieco bliżej mnie. Instynktownie cofnąłem się o jeden krok w tył.
- No proszę. - parsknąłeś cicho. Potrafiłeś równie szybko się zdenerwować, co i odpuścić. - Boisz się mnie?
- Nie żartuj, Grimmjow. - odpowiedziałem ze stoickim spokojem, cały czas wbijają w ciebie spojrzenie moich oczu.
- O co ci chodzi? - wwestchnąłeś i pokręciłeś głową. - Nigdy nie mogę cię zrozumieć.
- Ja podobnie. - przyznałem. - Zawsze musisz zrobić coś głupiego...Żałujesz potem choć trochę?
- Trochę.
Wzruszyłeś ramionami.
- Nienawidzę Aizena. - wyrzuciłeś z siebie w końcu. Byłem tym lekko zaskoczony. Zdawałem sobie sprawę, że nie do końca za nim przepadałeś, ale nienawidzić...?
- To nasz stwórca.
- Że co proszę? Przecież...
Dobrze wiedziałem, co próbujesz powiedzieć.
- Chcesz nazwać życiem swoją wcześniejszą, żałosną egzystencję? Nie bądź śmieszny.
- W takim razie zwalaj stąd, Ulquiorra. - niemalże wysyczałeś, mrużąc ze złością oczy. Jeszcze bardziej przypominałeś mi kota...
- Nie.
Nastąpiła cisza. Próbowałeś mnie rozgryźć? Nie tym razem.
- Zapytam po raz ostatni. Czego ode mnie chcesz?
- Nie wiem...
Było mi bardzo trudno przyznać się samemu przed sobą. Dlaczego w ogóle mnie obchodzisz? Co poszło nie tak..?
- Brawo. - warknąłeś i zmarszczyłeś brwi. - Czy to ma coś wspólnego z tym, że ostatnim czasem podejrzanie często się na mnie gapisz?
Niemożliwe. Jak do tego doszedłeś?
- Więc jednak zauważyłeś...
- Trudno nie zauważyć. - westchnąłeś. - Nigdy nie wiem, co mam o tobie myśleć. Jestem teraz w tak popieprzonej sytuacji, że nie mam siły zaprzątać sobie głowy jeszcze tobą...
Czemu twoje słowa mnie raniły...?
- ...a ty nawet sam nie wiesz, czego chcesz...
Czemu twój głos odbijał się echem w mojej głowie...?
- ...Nic nie mówisz? Dobra. To ja stąd pójdę.
Odwróciłeś się. A ja nie miałem już sił.
Grimmjow...
Chciałem cie dotknąć..
Chciałem posmakować...
Chciałem...ciebie...
- Grimmjow...
Nie poznawałem sam siebie. Czy przed chwilą z moich ust wydobył się jęk..? To...było coś zupełnie innego. Po raz pierwszy w moim głosie zawarły się jakiekolwiek emocje. Przystanąłeś. Byłeś odwrócony do mnie tyłem, ale wiedziałem, że jesteś tak samo zaskoczony jak ja. Opuściłem głowę i tępo wpatrywałem się w podłoże.
Nie uchwyciłem momentu, kiedy odwróciłeś się w moją stronę, zbliżyłeś i chwyciłeś mój podbródek, zmuszając mnie tym samym do patrzenia ci w oczy. Twoje ciepłe wargi delikatnie przykrywały moje. Byłeś szczerze zdumiony. To się nazywa...pocałunek, czyż nie? Twój śliski, ruchliwy język przedarł się przez moje usta i znalazł we wnętrzu. Moje tętno przyspieszyło. Jedną nogę wsunąłeś między moje uda. Nigdy nie czułem się tak słabo. Jakbym miał stracić zmysły. Tak..bezbronnie...
Mój język odpowiadał niezdarnie na twoje pieszczoty sprawiając, że nasz pocałunek stawał się jeszcze bardziej namiętny. W końcu jednak odsunąłeś się na odległość wyciągniętej ręki. Miałem wrażenie, że za chwilę osunę się na ziemię.
- Nie jestem dla ciebie odpowiednią osobą. - powiedziałeś cicho. Twój głos był kojący jak nigdy.
- W przeciwieństwie do ciebie, ja nigdy nie żałuje swoich decyzji.
cdn.
Parring: Grimmjow x Ulquiorra
Anime: Bleach
Narracja: pierwszoosobowa
Od autorki: Yo kochani! Przepraszam za opóźnienie, ale jeśli mam być szczera to zapomniałam o dodaniu notki, gdyż takowa była już nieco dawno napisana :'DD
Dzisiaj serwuję Wam coś z 'wybielacza'. Bardzo lubię ten parring. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu w moim wydaniu. Dodatkowo, art na koniec to mój rysunek - stary bo stary, ale za to ponadczasowy ^^ Cd już w sobote ^^ A Only love jest już w drodze :)
Muzyka : http://m.youtube.com/watch?v=M0k_i8PPM40
Część: 1
*
Moje istnienie. Czym było, nim pojawił się Aizen-sama? Nie wiem. Na pewno nie było to nic przyjemnego. Byłem, egzystowałem, ale to nie miało sensu. Mam wrażenie, że nie tylko ja tak o tym myślę. Sosuke Aizen dał mi oraz reszcie, poczucie wolności. Złudnej wolności, ale dzięki temu odnalazłem w życiu sens.
Wytatuowana mi cyfrę 4 na piersi. Przydzielono komnatę oraz fraccion. Byłem wdzięczny, za wyrwanie mnie z objęć nicości. Dlatego tak wiernie ci służę, Aizen-sama.
Znam poczucie własnej wartości, czuję swoją siłę. Jestem tego w pełni świadom. Delektuję się tym w głębi serca, jednak na co dzień przybieram maskę obojętności. Nie obchodzą mnie "problemy" Last Noches. Nie obchodzi mnie nic, oprócz wypełniania rozkazów.
Tak jest. Więc czemu, gdy patrzę na te niebieskie, pełne nienawiści, kpiące oczy, mam wrażenie, że ich właściciel nie jest mi obojętny? Każdego dnia, ukradkiem na ciebie spoglądam, Grimmjow. Zauważyłeś to, ale nie dajesz tego po sobie poznać. Nie uważasz mojego spojrzenia za nic godnego twojej uwagi, prawda?
I to mnie rani.
Nienawidzę cię, irytuje mnie twój sposób bycia, twoja porywczość. Ale jednak nie jesteś mi obojętny. Niechęć przerodziła się w ciekawość. Ciekawość w zainteresowanie. A dalej...?
To niewiarygodne, jesteś takim idiotą. Jak mogłeś bez pozwolenia udać się do świata żywych, pozbawiając przy tym Aizena-same o kilku fraccion? Jestem tym zbulwersowany, na szczęście poniosłeś odpowiednią karę. Brak ręki bardzo narazi twoją pozycję.
- I po co ci to było?
Widząc cię na korytarzu nie mogłem pozostać obojętny.
- Spieprzaj.
Nawet się nie odwróciłeś. Nie wiedziałem, co we mnie wstąpiło w tamtym momencie. Zazwyczaj opanowany, w tamtym momencie puściły mi hamulce. Poszedłem za tobą, choć normalnie nigdy bym tego nie zrobił.
- Grimmjow.
Nie zatrzymałeś się, tylko jeszcze bardziej przyspieszyłeś. Jak na kogoś bez ręki, kto teoretycznie powinien być choć trochę osłabiony, sprawiałeś zupełnie inne wrażenie. Jak dziki kot. Osaczony, bez wyjścia. Musiałeś zachować podwójną ostrożność. Nnoitra już pewnie ostrzył sobie zęby na twoją pozycję.
Wyszliśmy z obrębu ciasnych, białych korytarzy na dach jednego z zabudowań. Tam, gdzie w przyszłości miałem stoczyć moją ostatnią walkę.
Dopiero wtedy przystanąłeś i gwałtownie obróciłeś się w moją stronę.
- Czego, do nędzy, ode mnie chcesz?? - wydarłeś się tak, że po raz pierwszy poczułem jakikolwiek respekt w stosunku do ciebie.
- To co zrobiłeś, było nierozsądne.
- Co ty, kurwa, nie powiesz??
W twoich oczach szalała prawdziwa furia. Wydawało mi się, że nie cofniesz się przed niczym. Mimowolnie spojrzałeś w miejsce, gdzie powinna znajdować się twoja lewa ręka. Zapewne, gdybyś ją miał, zacisnąłbyś ją w pięść.
Zamiast tego wykrzywiłeś swoją twarz w grymasie złości. Podszedłeś nieco bliżej mnie. Instynktownie cofnąłem się o jeden krok w tył.
- No proszę. - parsknąłeś cicho. Potrafiłeś równie szybko się zdenerwować, co i odpuścić. - Boisz się mnie?
- Nie żartuj, Grimmjow. - odpowiedziałem ze stoickim spokojem, cały czas wbijają w ciebie spojrzenie moich oczu.
- O co ci chodzi? - wwestchnąłeś i pokręciłeś głową. - Nigdy nie mogę cię zrozumieć.
- Ja podobnie. - przyznałem. - Zawsze musisz zrobić coś głupiego...Żałujesz potem choć trochę?
- Trochę.
Wzruszyłeś ramionami.
- Nienawidzę Aizena. - wyrzuciłeś z siebie w końcu. Byłem tym lekko zaskoczony. Zdawałem sobie sprawę, że nie do końca za nim przepadałeś, ale nienawidzić...?
- To nasz stwórca.
- Że co proszę? Przecież...
Dobrze wiedziałem, co próbujesz powiedzieć.
- Chcesz nazwać życiem swoją wcześniejszą, żałosną egzystencję? Nie bądź śmieszny.
- W takim razie zwalaj stąd, Ulquiorra. - niemalże wysyczałeś, mrużąc ze złością oczy. Jeszcze bardziej przypominałeś mi kota...
- Nie.
Nastąpiła cisza. Próbowałeś mnie rozgryźć? Nie tym razem.
- Zapytam po raz ostatni. Czego ode mnie chcesz?
- Nie wiem...
Było mi bardzo trudno przyznać się samemu przed sobą. Dlaczego w ogóle mnie obchodzisz? Co poszło nie tak..?
- Brawo. - warknąłeś i zmarszczyłeś brwi. - Czy to ma coś wspólnego z tym, że ostatnim czasem podejrzanie często się na mnie gapisz?
Niemożliwe. Jak do tego doszedłeś?
- Więc jednak zauważyłeś...
- Trudno nie zauważyć. - westchnąłeś. - Nigdy nie wiem, co mam o tobie myśleć. Jestem teraz w tak popieprzonej sytuacji, że nie mam siły zaprzątać sobie głowy jeszcze tobą...
Czemu twoje słowa mnie raniły...?
- ...a ty nawet sam nie wiesz, czego chcesz...
Czemu twój głos odbijał się echem w mojej głowie...?
- ...Nic nie mówisz? Dobra. To ja stąd pójdę.
Odwróciłeś się. A ja nie miałem już sił.
Grimmjow...
Chciałem cie dotknąć..
Chciałem posmakować...
Chciałem...ciebie...
- Grimmjow...
Nie poznawałem sam siebie. Czy przed chwilą z moich ust wydobył się jęk..? To...było coś zupełnie innego. Po raz pierwszy w moim głosie zawarły się jakiekolwiek emocje. Przystanąłeś. Byłeś odwrócony do mnie tyłem, ale wiedziałem, że jesteś tak samo zaskoczony jak ja. Opuściłem głowę i tępo wpatrywałem się w podłoże.
Nie uchwyciłem momentu, kiedy odwróciłeś się w moją stronę, zbliżyłeś i chwyciłeś mój podbródek, zmuszając mnie tym samym do patrzenia ci w oczy. Twoje ciepłe wargi delikatnie przykrywały moje. Byłeś szczerze zdumiony. To się nazywa...pocałunek, czyż nie? Twój śliski, ruchliwy język przedarł się przez moje usta i znalazł we wnętrzu. Moje tętno przyspieszyło. Jedną nogę wsunąłeś między moje uda. Nigdy nie czułem się tak słabo. Jakbym miał stracić zmysły. Tak..bezbronnie...
Mój język odpowiadał niezdarnie na twoje pieszczoty sprawiając, że nasz pocałunek stawał się jeszcze bardziej namiętny. W końcu jednak odsunąłeś się na odległość wyciągniętej ręki. Miałem wrażenie, że za chwilę osunę się na ziemię.
- Nie jestem dla ciebie odpowiednią osobą. - powiedziałeś cicho. Twój głos był kojący jak nigdy.
- W przeciwieństwie do ciebie, ja nigdy nie żałuje swoich decyzji.
cdn.
25.01.2015
Bloody experience (HichiIchi) part 2
*
Dzień zleciał szybko. Około godziny 17:30 zacząłem się niecierpliwić. Za oknem zaszło już słońce. A on nie przychodził. O 19 zacząłem wątpić czy w ogóle go dziś spotkam. Położyłem się na wznak na łóżku. Jeeeny co on sobie myśli...Powiedział przecież, że przyjdzie...Nagle, jak spod ziemi pojawił się przede mną. Miał ten sam czarny płaszcz i niewiele mówiący wyraz twarzy. Blada cera, ciemne oczy..normalnie jak u demona. Nie bałem się jednak. Poznałem go wystarczająco, by wiedzieć co kryje się za tym spojrzeniem.
- Przyszedłeś dzisiaj trochę później...- zacząłem ostrożnie.
- Musiałem coś jeszcze zrobić...Nieważne. Myślałeś trochę nad tym, co ci powiedziałem?
- Nad twoim wyznaniem miłosnym? No raczej. Nie mogłem myśleć o niczym innym...
- To sarkazm?
- Nie. Naprawdę o tym myślałem.
- I co..?
- Doszedłem do wniosku, że łóżko bez ciebie wcale nie jest fajne ._.
- Doprawdy? - w tej samej chwili schylił się nieznacznie i złączył nasze wargi w namiętnym pocałunku. Oddałem go nieśmiało, rumieniąc się obficie. - Więc..co teraz?
- Skąd mam wiedzieć? To ty powinieneś teraz powiedzieć coś romantycznego czy coś w ten deseń.. - Na te słowa parsknął cicho śmiechem.
- Heh..Jasne...Zamiast marnować czas na głupoty, moglibyśmy zająć się czymś przyjemniejszym..- To mówiąc, pchnął mnie na łóżko i usiadł na biodrach. Przez materiał spodni czułem, że jest już nieźle podniecony. Niemal się na mnie położył i zaczął składać pocałunki na szyi. Wstrząsnął mną dreszcz przyjemności. Jęknąłem cicho i zacząłem się lekko o niego ocierać, nie wiedząc co zrobić z rękoma. W końcu wplątałem mu je we włosy, dociskając jego głowę do swojego torsu, którego zdążył już pozbawić okrycia. Chwilę potem moja naga klatka piersiowa lśniła w świetle księżyca, cała wilgotna od śliny. Kiedy zaczął ssać sutki, myślałem, że oszaleje z przyjemności. Nie starałem się już powstrzymywać głośnych jęków, które echem roznosiły się po komnacie. Tymczasem Hichigo zaczął przemieszczać się z pocałunkami coraz niżej. Z bioder zsunął mi spodnie wraz z majtkami i przejechał językiem po całej długości mojej stojącej męskości. Wygiąłem się w łuk, wstrzymując powietrze. Było mi tak dobrze...
Nagle Shirosaki całkowicie przestał się poruszać. Wzrok wbił martwo w ścianę. Najwyraźniej czegoś nasłuchiwał.
- Shiro? - zapytałem cicho i uniosłem na łokciach. - Coś nie tak?
- ...nawet gorzej. - mruknął i przeniósł wzrok na mnie. - Niestety, ale nie możemy kontynuować.
- Hę? Już przestałem cię kręcić?
- Oczywiście, że nie. Chodzi o to, że twoi rodacy stoją przed murami zamku. I raczej nie mają dobrych intencji.
- Skąd ty to...
- Jestem wampirem. Nie uważasz, że gdybym miał te same zdolności co ludzkie, to byłoby nudno?
- Ale...
- Dość zbędnych komentarzy. Ubieraj się. - rozkazał i założył pośpiesznie swoją koszulę.
- Ale...Co mam zrobić z...- w tym momencie mimowolnie spojrzałem na swoją erekcję.
- Ach to. Cóż. Ulżyj sobie ręką. Zaraz po ciebie przyjdę. - powiedział i zapiął ostatnią część swojej garderoby. Miał już wychodzić, kiedy zapytałem :
- A co z tobą i...przecież też się podnieciłeś i w ogóle..
- Powiedziałem ci już..Umiem trochę więcej niż zwykły człowiek. - odparł tajemniczo i zniknął za drzwiami.
*
Po uporaniu się ze swoim małym-wielkim problemem, ubrałem się i usiadłem na łóżku, grzecznie czekając. Zastanawiałem się, o co może chodzić mieszkańcom miasteczka. Moje zniknięcie było im chyba na rękę. Ale..mój ojciec. Ciekawe, co zrobił, kiedy wrócił do domu. W końcu tyle stało się pod jego nieobecność! Jego syna oskarżono o spiskowanie z wampirem i zamierzono zabić, aby tamten przestał ich dręczyć. Plan idealny. Aż się łezka w oku kręci. A tak serio, to już sobie wyobrażam mojego ojca. Musiał się naprawdę wkurzyć, kiedy dowiedział się, co zaszło. Pewnie się martwił. A może nawet stracił wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek zobaczy swojego syna żywego?
- Już jestem. - Drzwi od komnaty rozwarły się na oścież. Shirosaki wszedł przez nie szybkim krokiem. Z łuku brwiowego spływała mu krew.
- Co ci się stało?! - zerwałem się z łóżka i pobiegłem do niego. Dotknąłem palcami miejsca, skąd wypływała czerwona ciecz. Rana nie była na szczęście głęboka.
- Wyszedłem przed zamek.
- Sprytnie..- mruknąłem cicho.
- Twój tatuś zgromadził wszystkich mężczyzn z waszej wioski. Na dodatek zatrudnił łowców wampirów. Jeden z nich strzelił do mnie z boku. W ostatniej chwili się odsunąłem, ale źle wyliczyłem odległość i kąt padania strzału, przez co nie obeszło się bez obrażeń. Dodatkowo dodali jakieś cholerstwo do pocisków ze święconej stali...gdyby nie to, nic by się nie stało.
- Mój ojciec...też tam jest?
- Jest. Kieruje tą całą bandą.
- W takim razie porozmawiam z nim!
- Ta i co jeszcze. - zakpił wampir i uśmiechnął smutno.
- Spróbuje go przekonać, żeby nie zrobili ci krzywdy i...
- Ichigo - przerwał mi. - Nie przekonasz ich niczym. Mają prawo pieklić się o to, że zabijam ich krewnych. Mają prawo chcieć się zemścić. Więc..wygląda na to, że nasze love story kończy się w tym momencie.
- Że...Że co...?
- W 98% twojemu ojcu chodzi o pomszczenie twojej "śmierci". Przestałe 2% to czysta chęć pozbycia się problemu - wampira napadającego jego miasto. Jeśli teraz im cię oddam, to chociaż ty będziesz bezpieczny. Niepotrzebnie tak długo zwlekałem...
- Co z tobą..?
- Cóż, sam nie wygram z taką ilością uzbrojonych w jakieś nowej generacji pociski ludzi, więc chyba odejdę na północ i..
- Nie o to pytam! - przerwałem mu wściekle. - Co z tobą...Czemu tak gadasz...Co ci odbiło..
- Chcę cię ochronić. Masz jeszcze szansę na spokojne życie..
- Idioto! Jesteś beznadziejny..! - wykrzyczałem. - Najpierw wyznajesz mi miłość, a teraz pieprzysz o chronieniu mnie..? Oddaniu w ich łapy...? Gdybyś naprawdę mnie kochał to nigdy byś mnie nie opuścił! Nigdy! - Miałem ochotę go uderzyć. Nie byłem jednak w stanie. Pięści miałem tak mocno zaciśnięte ze złości, że aż paznokcie przebiły mi skórę, bawiąc wnętrze dłoni czerwienią.
- Chyba nie do końca zdajesz sobie sprawę z kwintesencji miłości. Jeśli kogoś się naprawę kocha, jest się gotowym oddać za niego życie..
- Co ty chrzanisz?!? Czytaj więcej tych książek to naprawdę... Jeśli teraz mnie im oddasz...a co gorsza zginiesz za mnie..To naprawdę się wkurzę! Jeśli mnie kochasz to powinieneś nigdy nie dopuścić do tego, żebym płakał z twojego powodu. Co mi przyjdzie z twojej śmierci? Nic! Cholerne nic! Więc...Ucieknijmy stąd razem... - mówią to, oczy zaczęły niemiłosiernie mnie piec. Ale nie mogłem płakać. Ciągle to sobie powtarzałem. Musiałem być twardy.
- Achh.. - Shirosaki przyłożył sobie rękę do czoła w teatralnym geście. - Nie sądziłem, że będziesz w stanie powiedzieć coś takiego..! A jednak...Cóż, będziemy improwizować. Teraz musimy już iść. - powiedział i chwycił moją dłoń, ciągnąc za sobą. Wybiegliśmy z komnaty na korytarz, stamtąd schodami na dół, jeszcze dwa zakręty i kolejne stopnie - koszula zaczęła przyklejać do pleców. Oddychałem ciężko. Cóż ... z moją kondycją nie było wtedy najlepiej .-.
- Gdzie biegniemy?
- Na dwór.
- Że jak???
- Nie będziemy się chować. Stawiamy czoła niebezpieczeństwu.
- Zwariowałeś do reszty... - w tym samym momencie dobiegliśmy do drzwi wejściowych, które otworzyły się przed nami. Gwałtownie zahamowaliśmy. Przed nami było pełno ludzi. Dostrzegłem między nimi swojego ojca.
- Ichigo! - krzyknął, gdy tylko mnie zobaczył. Był zaszokowany.
- Ojcze...!
- Do wszystkich!!! Strzelać tak, aby nie zranić mojego syna! Ognia! - Otworzyłem szeroko oczy. Nie zdążyłem się zorientować, kiedy srebrne pociski minęły tuż koło mnie. Shirosaki jakimś cudem ich uniknął.
- Ojcze przestań!!! - wydarłem się na całe gardło. - On nic mi nie zrobił...wręcz przeciwnie...gdyby nie on, zginąłbym..! Więc odwołaj tych ludzi! W przeciwnym razie..odejdę od ciebie na zawsze.. - ojciec pokręcił tylko głową.
- Ichigo otrząśnij się...Ten wampir cię omamił..
- Heh...od początku wiedziałem, że twój plan nie wypali. - mruknął cicho albinos. - Ok...teraz moja kolej na działanie..I pamiętaj. Gdyby dzieło się nie wiem co, kocham cię. Ufaj mi. - powiedział już nieco głośniej Hichi. Nagle jakby cały świat się zatrzymał. Jak w zwolnionym tempie, Shiro podszedł do mnie i chwyciwszy za podbródek, delikatnie pocałował. Trwało to nie dłużej jak sekundę. Zaraz potem odsunął się gwałtownie. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął pistolet i zaczął strzelać w najętych przez mojego ojca łowców wampirów. Oni odwdzięczyli się tym samym. Cudem udało mi się znaleźć bezpieczne miejsce, między kamienną wnęką w murze, a schodami. Patrzyłem, jak Shirosaki morduje tych ludzi z zimną krwią. Co gorsza...Paru z nich udało się go zranić. Jego koszula, płaszcz, spodnie lśniły czerwienią.
Koniec nadszedł zaskakująco szybko. Cała walka przeniosła się na skraj lasu. Wychyliłem się ze swojej kryjówki i podszedłem bliżej walczących. Przez myśl przemknęło mi, że mógłbym jakoś pomóc Hichigo. Szybko jednak odrzuciłem tę opcję. Tylko bym przeszkadzał...Poza tym nie chciałem stać się zabójcą. Nie zniósłbym potem siebie.
Jeden z łowców wbiegł do lasu. Obserwowałem go uważnie. Zdawało mi się, że dobrych intencji to on nie ma...Miałem rację (jak zwykle z resztą xd). Kiedy Shirosaki zajęty był pozbawianiem życia kolejnego z jego kompanów, tamten facet wychylił się z zarośli i postrzelił Hichigo prosto w serce.
Słona ciecz napłynęła mi do oczu.
Nie....
Widziałem, jak wypluwa z ust krew i pada na kolana. Jeden, celny strzał wystarczył. Wszyscy pozostali na placu boju ustawili się wokół niego. Wyciągnęli broń przed siebie, celując.
Potężna salwa wybuchów przerwała nocną ciszę.
- NIEEEEE!!! - pobiegłem w ich kierunku. Mój ociec siedział na koniu w pewnej odległości od całego zdarzenia. Obserwował sytuację. Nogi zaczęły mi się plątać, a łzy spływały po policzkach. Odepchnąłem mężczyzn najbliżej mnie. Wszyscy zaczęli się rozchodzić - najwyraźniej uznali akcję za zakończoną. Osunąłem się na ziemię obok ciała Shiro. Miał mnóstwo dziur w ciele, z których sączyła się krew. Otwartymi, czarnymi oczami patrzył w niebo - zamknąłem mu je i wytarłem szkarłatną ciecz spływającą mu z ust.
- Ichigo...wracajmy do domu. - ojciec położył mi rękę na ramieniu. Natychmiast ją odtrąciłem.
- Zostaw mnie.
- Synu....
- Nie nazywaj mnie tak! Odejdź ode mnie! Nienawidzę cię!!
- Nie mam pojęcia, co on ci zrobił, ale przypomnij sobie śmierć twojej matki. Ten potwór nie zasługuje nawet na to, żeby go pochować. - powiedział chłodno. Otarłem oczy. Co on próbował mi powiedzieć, kiedy się ze mną "żegnał"? Czy już wtedy wiedział, ze to się wydarzy..? Tak, tamten pocałunek na pewno można uznać za pożegnalny. Ale...dlaczego...przecież było tyle innych opcji.,..
- Wracajmy do domu. Obiecałem twoim siostrom, że przyprowadzę cię żywego.. - Przed oczami mignęły mi sylwetki Yuzu i Karin.
- Daj mi...jeszcze chwile....
- Skoro musisz...Przyprowadzę konie. - odszedł. A ja zostałem z martwym ciałem w ramionach. Spojrzałem jeszcze raz na wampira. O co tu chodzi...? Nagle jego ciało zaczęło zamieniać się w proch na moich oczach. Zawiał silny wiatr, który rozwiał te szczątki. Chciałem się podnieść, ale nie potrafiłem.
- Ichigo! - zawołał mnie ojciec. Dźwignąłem się z trudem, lekko się zataczając. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, cop stało się przed chwilą.
To nie koniec....prawda..?
EPILOG
Minął miesiąc. To był dla mnie bardzo ciężki czas. Ani na moment nie zapomniałem o albinosie. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść...popadłem w depresję. Pod oczami zrobiły mi się ciemne plamy - od przemęczenia i braku snu. Schudłem. Ojciec zaczął obwiniać się za mój stan (i słusznie..!). Nie miałęm przed sobą jasnej przyszłości. Serce ściskało mnie, z każdym dniem coraz mocniej. Zmieniłem się - wiedzieli o tym wszyscy.
Aż pewnego dnia...
Była to pierwsza pełnia księżyca od śmierci Hichigo. Nie spałem, gdy nagle usłyszałem jakiś hałas na korytarzu. Wstałem cicho z łózka i wyjrzałem na zewnątrz. Cień. Tylko tyle udało dostrzec mi się w oświetlonym poświata księżyca, korytarzu. Założyłem na siebie pierwszy lepszy płaszcz i wybiegłem na dwór. Cień zniknął za domem na przeciwko. Natychmiast się tam udałem. Kręciło mi się w głowie, a mimo to dalej podążałem za nieznanym. W końcu dotarłem nad rzekę. Niedaleko zaczynał się las. To miejsce mi coś przypominało....
- Ichigo...- usłyszałem szept. Wiatr szumiał w koronach drzew. Wzdrygnąłem się i przełknąłem ślinę. Coś objęło mnie od tyłu. Czyjeś ramiona. Duże. Ciepłe. Bezpieczne.
- Shiro...
- Nie jestem człowiekiem. Potrafię znaczenie więcej, niż możesz to sobie wyobrazić. - Wiedziałem, że to on. A jednak...bałem się odwrócić. Nie chciałem, żeby to wszystko okazało się jedynie snem.
- Nie strasz mnie tak więcej. - wyszeptałem i uśmiechnąłem lekko. Poczułem na szyi drobny pocałunek.
- Będziemy mieć dla siebie wieczność.
Samo ugryzienie bolało dużo mniej niż to, co czułem przez tamten miesiąc bez niego.
end.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i koniec ^^ Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca xd Następny parring to Light x L (Death Note) Co wy na to? :)
Pozdrawiam Wszystkich serdecznie i dziękuję za wszelakie komentarze :'D
Dzień zleciał szybko. Około godziny 17:30 zacząłem się niecierpliwić. Za oknem zaszło już słońce. A on nie przychodził. O 19 zacząłem wątpić czy w ogóle go dziś spotkam. Położyłem się na wznak na łóżku. Jeeeny co on sobie myśli...Powiedział przecież, że przyjdzie...Nagle, jak spod ziemi pojawił się przede mną. Miał ten sam czarny płaszcz i niewiele mówiący wyraz twarzy. Blada cera, ciemne oczy..normalnie jak u demona. Nie bałem się jednak. Poznałem go wystarczająco, by wiedzieć co kryje się za tym spojrzeniem.
- Przyszedłeś dzisiaj trochę później...- zacząłem ostrożnie.
- Musiałem coś jeszcze zrobić...Nieważne. Myślałeś trochę nad tym, co ci powiedziałem?
- Nad twoim wyznaniem miłosnym? No raczej. Nie mogłem myśleć o niczym innym...
- To sarkazm?
- Nie. Naprawdę o tym myślałem.
- I co..?
- Doszedłem do wniosku, że łóżko bez ciebie wcale nie jest fajne ._.
- Doprawdy? - w tej samej chwili schylił się nieznacznie i złączył nasze wargi w namiętnym pocałunku. Oddałem go nieśmiało, rumieniąc się obficie. - Więc..co teraz?
- Skąd mam wiedzieć? To ty powinieneś teraz powiedzieć coś romantycznego czy coś w ten deseń.. - Na te słowa parsknął cicho śmiechem.
- Heh..Jasne...Zamiast marnować czas na głupoty, moglibyśmy zająć się czymś przyjemniejszym..- To mówiąc, pchnął mnie na łóżko i usiadł na biodrach. Przez materiał spodni czułem, że jest już nieźle podniecony. Niemal się na mnie położył i zaczął składać pocałunki na szyi. Wstrząsnął mną dreszcz przyjemności. Jęknąłem cicho i zacząłem się lekko o niego ocierać, nie wiedząc co zrobić z rękoma. W końcu wplątałem mu je we włosy, dociskając jego głowę do swojego torsu, którego zdążył już pozbawić okrycia. Chwilę potem moja naga klatka piersiowa lśniła w świetle księżyca, cała wilgotna od śliny. Kiedy zaczął ssać sutki, myślałem, że oszaleje z przyjemności. Nie starałem się już powstrzymywać głośnych jęków, które echem roznosiły się po komnacie. Tymczasem Hichigo zaczął przemieszczać się z pocałunkami coraz niżej. Z bioder zsunął mi spodnie wraz z majtkami i przejechał językiem po całej długości mojej stojącej męskości. Wygiąłem się w łuk, wstrzymując powietrze. Było mi tak dobrze...
Nagle Shirosaki całkowicie przestał się poruszać. Wzrok wbił martwo w ścianę. Najwyraźniej czegoś nasłuchiwał.
- Shiro? - zapytałem cicho i uniosłem na łokciach. - Coś nie tak?
- ...nawet gorzej. - mruknął i przeniósł wzrok na mnie. - Niestety, ale nie możemy kontynuować.
- Hę? Już przestałem cię kręcić?
- Oczywiście, że nie. Chodzi o to, że twoi rodacy stoją przed murami zamku. I raczej nie mają dobrych intencji.
- Skąd ty to...
- Jestem wampirem. Nie uważasz, że gdybym miał te same zdolności co ludzkie, to byłoby nudno?
- Ale...
- Dość zbędnych komentarzy. Ubieraj się. - rozkazał i założył pośpiesznie swoją koszulę.
- Ale...Co mam zrobić z...- w tym momencie mimowolnie spojrzałem na swoją erekcję.
- Ach to. Cóż. Ulżyj sobie ręką. Zaraz po ciebie przyjdę. - powiedział i zapiął ostatnią część swojej garderoby. Miał już wychodzić, kiedy zapytałem :
- A co z tobą i...przecież też się podnieciłeś i w ogóle..
- Powiedziałem ci już..Umiem trochę więcej niż zwykły człowiek. - odparł tajemniczo i zniknął za drzwiami.
*
Po uporaniu się ze swoim małym-wielkim problemem, ubrałem się i usiadłem na łóżku, grzecznie czekając. Zastanawiałem się, o co może chodzić mieszkańcom miasteczka. Moje zniknięcie było im chyba na rękę. Ale..mój ojciec. Ciekawe, co zrobił, kiedy wrócił do domu. W końcu tyle stało się pod jego nieobecność! Jego syna oskarżono o spiskowanie z wampirem i zamierzono zabić, aby tamten przestał ich dręczyć. Plan idealny. Aż się łezka w oku kręci. A tak serio, to już sobie wyobrażam mojego ojca. Musiał się naprawdę wkurzyć, kiedy dowiedział się, co zaszło. Pewnie się martwił. A może nawet stracił wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek zobaczy swojego syna żywego?
- Już jestem. - Drzwi od komnaty rozwarły się na oścież. Shirosaki wszedł przez nie szybkim krokiem. Z łuku brwiowego spływała mu krew.
- Co ci się stało?! - zerwałem się z łóżka i pobiegłem do niego. Dotknąłem palcami miejsca, skąd wypływała czerwona ciecz. Rana nie była na szczęście głęboka.
- Wyszedłem przed zamek.
- Sprytnie..- mruknąłem cicho.
- Twój tatuś zgromadził wszystkich mężczyzn z waszej wioski. Na dodatek zatrudnił łowców wampirów. Jeden z nich strzelił do mnie z boku. W ostatniej chwili się odsunąłem, ale źle wyliczyłem odległość i kąt padania strzału, przez co nie obeszło się bez obrażeń. Dodatkowo dodali jakieś cholerstwo do pocisków ze święconej stali...gdyby nie to, nic by się nie stało.
- Mój ojciec...też tam jest?
- Jest. Kieruje tą całą bandą.
- W takim razie porozmawiam z nim!
- Ta i co jeszcze. - zakpił wampir i uśmiechnął smutno.
- Spróbuje go przekonać, żeby nie zrobili ci krzywdy i...
- Ichigo - przerwał mi. - Nie przekonasz ich niczym. Mają prawo pieklić się o to, że zabijam ich krewnych. Mają prawo chcieć się zemścić. Więc..wygląda na to, że nasze love story kończy się w tym momencie.
- Że...Że co...?
- W 98% twojemu ojcu chodzi o pomszczenie twojej "śmierci". Przestałe 2% to czysta chęć pozbycia się problemu - wampira napadającego jego miasto. Jeśli teraz im cię oddam, to chociaż ty będziesz bezpieczny. Niepotrzebnie tak długo zwlekałem...
- Co z tobą..?
- Cóż, sam nie wygram z taką ilością uzbrojonych w jakieś nowej generacji pociski ludzi, więc chyba odejdę na północ i..
- Nie o to pytam! - przerwałem mu wściekle. - Co z tobą...Czemu tak gadasz...Co ci odbiło..
- Chcę cię ochronić. Masz jeszcze szansę na spokojne życie..
- Idioto! Jesteś beznadziejny..! - wykrzyczałem. - Najpierw wyznajesz mi miłość, a teraz pieprzysz o chronieniu mnie..? Oddaniu w ich łapy...? Gdybyś naprawdę mnie kochał to nigdy byś mnie nie opuścił! Nigdy! - Miałem ochotę go uderzyć. Nie byłem jednak w stanie. Pięści miałem tak mocno zaciśnięte ze złości, że aż paznokcie przebiły mi skórę, bawiąc wnętrze dłoni czerwienią.
- Chyba nie do końca zdajesz sobie sprawę z kwintesencji miłości. Jeśli kogoś się naprawę kocha, jest się gotowym oddać za niego życie..
- Co ty chrzanisz?!? Czytaj więcej tych książek to naprawdę... Jeśli teraz mnie im oddasz...a co gorsza zginiesz za mnie..To naprawdę się wkurzę! Jeśli mnie kochasz to powinieneś nigdy nie dopuścić do tego, żebym płakał z twojego powodu. Co mi przyjdzie z twojej śmierci? Nic! Cholerne nic! Więc...Ucieknijmy stąd razem... - mówią to, oczy zaczęły niemiłosiernie mnie piec. Ale nie mogłem płakać. Ciągle to sobie powtarzałem. Musiałem być twardy.
- Achh.. - Shirosaki przyłożył sobie rękę do czoła w teatralnym geście. - Nie sądziłem, że będziesz w stanie powiedzieć coś takiego..! A jednak...Cóż, będziemy improwizować. Teraz musimy już iść. - powiedział i chwycił moją dłoń, ciągnąc za sobą. Wybiegliśmy z komnaty na korytarz, stamtąd schodami na dół, jeszcze dwa zakręty i kolejne stopnie - koszula zaczęła przyklejać do pleców. Oddychałem ciężko. Cóż ... z moją kondycją nie było wtedy najlepiej .-.
- Gdzie biegniemy?
- Na dwór.
- Że jak???
- Nie będziemy się chować. Stawiamy czoła niebezpieczeństwu.
- Zwariowałeś do reszty... - w tym samym momencie dobiegliśmy do drzwi wejściowych, które otworzyły się przed nami. Gwałtownie zahamowaliśmy. Przed nami było pełno ludzi. Dostrzegłem między nimi swojego ojca.
- Ichigo! - krzyknął, gdy tylko mnie zobaczył. Był zaszokowany.
- Ojcze...!
- Do wszystkich!!! Strzelać tak, aby nie zranić mojego syna! Ognia! - Otworzyłem szeroko oczy. Nie zdążyłem się zorientować, kiedy srebrne pociski minęły tuż koło mnie. Shirosaki jakimś cudem ich uniknął.
- Ojcze przestań!!! - wydarłem się na całe gardło. - On nic mi nie zrobił...wręcz przeciwnie...gdyby nie on, zginąłbym..! Więc odwołaj tych ludzi! W przeciwnym razie..odejdę od ciebie na zawsze.. - ojciec pokręcił tylko głową.
- Ichigo otrząśnij się...Ten wampir cię omamił..
- Heh...od początku wiedziałem, że twój plan nie wypali. - mruknął cicho albinos. - Ok...teraz moja kolej na działanie..I pamiętaj. Gdyby dzieło się nie wiem co, kocham cię. Ufaj mi. - powiedział już nieco głośniej Hichi. Nagle jakby cały świat się zatrzymał. Jak w zwolnionym tempie, Shiro podszedł do mnie i chwyciwszy za podbródek, delikatnie pocałował. Trwało to nie dłużej jak sekundę. Zaraz potem odsunął się gwałtownie. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął pistolet i zaczął strzelać w najętych przez mojego ojca łowców wampirów. Oni odwdzięczyli się tym samym. Cudem udało mi się znaleźć bezpieczne miejsce, między kamienną wnęką w murze, a schodami. Patrzyłem, jak Shirosaki morduje tych ludzi z zimną krwią. Co gorsza...Paru z nich udało się go zranić. Jego koszula, płaszcz, spodnie lśniły czerwienią.
Koniec nadszedł zaskakująco szybko. Cała walka przeniosła się na skraj lasu. Wychyliłem się ze swojej kryjówki i podszedłem bliżej walczących. Przez myśl przemknęło mi, że mógłbym jakoś pomóc Hichigo. Szybko jednak odrzuciłem tę opcję. Tylko bym przeszkadzał...Poza tym nie chciałem stać się zabójcą. Nie zniósłbym potem siebie.
Jeden z łowców wbiegł do lasu. Obserwowałem go uważnie. Zdawało mi się, że dobrych intencji to on nie ma...Miałem rację (jak zwykle z resztą xd). Kiedy Shirosaki zajęty był pozbawianiem życia kolejnego z jego kompanów, tamten facet wychylił się z zarośli i postrzelił Hichigo prosto w serce.
Słona ciecz napłynęła mi do oczu.
Nie....
Widziałem, jak wypluwa z ust krew i pada na kolana. Jeden, celny strzał wystarczył. Wszyscy pozostali na placu boju ustawili się wokół niego. Wyciągnęli broń przed siebie, celując.
Potężna salwa wybuchów przerwała nocną ciszę.
- NIEEEEE!!! - pobiegłem w ich kierunku. Mój ociec siedział na koniu w pewnej odległości od całego zdarzenia. Obserwował sytuację. Nogi zaczęły mi się plątać, a łzy spływały po policzkach. Odepchnąłem mężczyzn najbliżej mnie. Wszyscy zaczęli się rozchodzić - najwyraźniej uznali akcję za zakończoną. Osunąłem się na ziemię obok ciała Shiro. Miał mnóstwo dziur w ciele, z których sączyła się krew. Otwartymi, czarnymi oczami patrzył w niebo - zamknąłem mu je i wytarłem szkarłatną ciecz spływającą mu z ust.
- Ichigo...wracajmy do domu. - ojciec położył mi rękę na ramieniu. Natychmiast ją odtrąciłem.
- Zostaw mnie.
- Synu....
- Nie nazywaj mnie tak! Odejdź ode mnie! Nienawidzę cię!!
- Nie mam pojęcia, co on ci zrobił, ale przypomnij sobie śmierć twojej matki. Ten potwór nie zasługuje nawet na to, żeby go pochować. - powiedział chłodno. Otarłem oczy. Co on próbował mi powiedzieć, kiedy się ze mną "żegnał"? Czy już wtedy wiedział, ze to się wydarzy..? Tak, tamten pocałunek na pewno można uznać za pożegnalny. Ale...dlaczego...przecież było tyle innych opcji.,..
- Wracajmy do domu. Obiecałem twoim siostrom, że przyprowadzę cię żywego.. - Przed oczami mignęły mi sylwetki Yuzu i Karin.
- Daj mi...jeszcze chwile....
- Skoro musisz...Przyprowadzę konie. - odszedł. A ja zostałem z martwym ciałem w ramionach. Spojrzałem jeszcze raz na wampira. O co tu chodzi...? Nagle jego ciało zaczęło zamieniać się w proch na moich oczach. Zawiał silny wiatr, który rozwiał te szczątki. Chciałem się podnieść, ale nie potrafiłem.
- Ichigo! - zawołał mnie ojciec. Dźwignąłem się z trudem, lekko się zataczając. Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, cop stało się przed chwilą.
To nie koniec....prawda..?
EPILOG
Minął miesiąc. To był dla mnie bardzo ciężki czas. Ani na moment nie zapomniałem o albinosie. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść...popadłem w depresję. Pod oczami zrobiły mi się ciemne plamy - od przemęczenia i braku snu. Schudłem. Ojciec zaczął obwiniać się za mój stan (i słusznie..!). Nie miałęm przed sobą jasnej przyszłości. Serce ściskało mnie, z każdym dniem coraz mocniej. Zmieniłem się - wiedzieli o tym wszyscy.
Aż pewnego dnia...
Była to pierwsza pełnia księżyca od śmierci Hichigo. Nie spałem, gdy nagle usłyszałem jakiś hałas na korytarzu. Wstałem cicho z łózka i wyjrzałem na zewnątrz. Cień. Tylko tyle udało dostrzec mi się w oświetlonym poświata księżyca, korytarzu. Założyłem na siebie pierwszy lepszy płaszcz i wybiegłem na dwór. Cień zniknął za domem na przeciwko. Natychmiast się tam udałem. Kręciło mi się w głowie, a mimo to dalej podążałem za nieznanym. W końcu dotarłem nad rzekę. Niedaleko zaczynał się las. To miejsce mi coś przypominało....
- Ichigo...- usłyszałem szept. Wiatr szumiał w koronach drzew. Wzdrygnąłem się i przełknąłem ślinę. Coś objęło mnie od tyłu. Czyjeś ramiona. Duże. Ciepłe. Bezpieczne.
- Shiro...
- Nie jestem człowiekiem. Potrafię znaczenie więcej, niż możesz to sobie wyobrazić. - Wiedziałem, że to on. A jednak...bałem się odwrócić. Nie chciałem, żeby to wszystko okazało się jedynie snem.
- Nie strasz mnie tak więcej. - wyszeptałem i uśmiechnąłem lekko. Poczułem na szyi drobny pocałunek.
- Będziemy mieć dla siebie wieczność.
Samo ugryzienie bolało dużo mniej niż to, co czułem przez tamten miesiąc bez niego.
end.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i koniec ^^ Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca xd Następny parring to Light x L (Death Note) Co wy na to? :)
Pozdrawiam Wszystkich serdecznie i dziękuję za wszelakie komentarze :'D
6.01.2015
Bloody experience (HichiIchi)
Yo kochani! Dzisiejsza notka dedykowana Inoue Kurosaki. Tym razem to ona miała urodzinki xD tak więc wszystkiego naaaaj i sto <yaoistycznych> lat ^3^
I jeszcze coś o opku. Jest straaasznie długie. To rzadkość jak na mnie i mojego lenia xD Jest poprawioną wersją z mojego poprzedniego bloga z dodaną kontynuacją. Czyli 2 części w jednym :>> Na szczęście to nie koniec, a jeszcze dalszą kontynuację dodam jakoś w przyszłym tygodniu ^^ radzę więc sprawdzać na bieżąco.
Cóż, jestem strasznie ciekawa waszych opinii ^^ Zapraszam do lektury!
*****************************************************************************************
Karakura, rok 1139
Wszyscy mieszkańcy naszego małego miasteczka wracają do swoich domów na chwilę przed zachodem słońca. Jeśli członek przykładowej rodziny nie wróci do mieszkania przed zmrokiem, rodzina i tak ma obowiązek zamknąć za nim drzwi na cztery spusty, licząc się z tym, że ta osoba już nie wróci.
Pewnie myślisz sobie, czemu tak jest. Czemu, gdy ktoś nie wróci przed czasem, żegna się z życiem.
Powodem jest zamek stojący niedaleko naszej wioski. Lub ściślej mówiąc, mieszkaniec owej kamiennej budowli. Jest nim Hichigo Shirosaki, o którym właśnie, między innymi, będzie ta opowieść.
Nazywam się Ichigo Kurosaki. Mój ojciec jest szlachcicem, panem okolicznych ziem. Kiedy osiadł się w Karakurze razem z moją matką, jak i swoim ludem, pobliski zamek już tam stał. Wszyscy myśleli, że jest opuszczony, chociaż szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czemu tak uważali, nawet nie sprawdziwszy. Cóż, nieważne. W każdym razie, mylili się, żyli w błędzie ok.3 lat. Wtedy ja przyszedłem na świat. Jako dziedzic niewielkiej fortuny moich rodziców, byłem traktowany w mieście z należytym szacunkiem. Miałem wielu przyjaciół, których mimo różnicy statutów, traktowałem na równi ze sobą.
W chwili ukończenia przeze mnie lat 9 (moja matka w między czasie wydała na świat jeszcze dwie moje młodsze siostry) zaczęły się ataki. Mówię tutaj, o tajemniczych zniknięciach co raz to innych osób. Lista zaginionych powiększała się z dnia na dzień. Właściwie... z nocy na noc.
Cokolwiek by to nie było, wywołało wielki strach w wiosce. Moi rodzice zabronili mi wychodzić z naszego domu. Nie był on mały, ale strasznie mi się nudziło. Tymczasem mój ojciec zywoływał wszystkich starców z miasta i razem ślęczeli nad mapą Karakury z ponakreślanymi "X"-ami w miejscach zaginięć. Nie przynosiło to pożądanego efektu = rozwiązaniu problemu, wręcz przeciwnie, zniknięć było co raz więcej. Moja mama wpadła na genialny pomysł sprowadznia z sąsiedniego miasteczka pomocy. Owe miasto znajdowało się za niewielką górą, na której stał zamek. Mój ojciec wziął paru swych ludzi i razem pojechali konno po pomoc. Nie było ich łącznie 2 dni. W tym czasie ja, jako mały rozrabiaka, wymknąłem się z domu tuż po zachodzie słońca. Bardzo stęskniłem się za świeżym powietrzem, jak i przyjaciółmi. Moja matka zajęta była sprawowaniem opieki nad moimi siostrami, więc po prostu skorzystałem z okazji. Niebo zmieniało już barwę, ze złoto-różowo-pomarańczowej na granatową. Pobliski strumień szumiał wesoło. Nagle zobaczyłem przed sobą motyla, którego zachciałem złapać. Pobiegłem za nim co sił, wyciągaąc przed siebie swoje małe rączki. Nim się spostrzegłem, byłem już przy granicy lasu. Rodzice nie pozwalali mi się do niego zbliżać. Gdyby szło się tą puszczą cały czas prosto, w przeciągu ok.45 minut doszłoby się do zamku. Wiedziałem, że powinienem brać nogi za pas, zwłaszcza, że pewnie i tak już zauważono moją nieobecność. Jednak stałem jak wryty, ani myśląc o ucieczce. Wpatrywałem się w ciemność przenikającą drzewa. Zdawało mi się, że coś tam widzę. Moje serce przyspieszyło, kiedy okazało się, że to nie była wcale moja dziecinna wyobraźnia. Ktoś, lub coś, rzeczywiście zbliżało się do mnie, powoli wyłaniając z cienia.
Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Wiatr złowrogo szumiał w koronach drzew. Ale ja cały czas nie ruszałem się z miejsca. Wiedziałem, że to głupie, ale ciekawość wzięła górę. W krótkim czasie już wyraźnie widziałem wysoką, smukłą sylwetkę. Śnieżnobiałe włosy i cerę tego samego koloru. Złoto-czarne oczy przeszywały mnie na wskroś. Po chwili znalazł się ok.metra ode mnie. Wyszedł z mroku. Wyraz twarzy miał spokojny...opanowany. Otaczała go jednak aura grozy i niedostępności. Uklęknął na jednym kolanie, przede mną, przyglądając mi się z ciekawością.
- Jak masz na imię? - zapytał mnie, a ja poczułem jak przebiega mnie dreszcz. Jego głos był głęboki i dostojny. Nie wypadało przy kimś takim milczeć.
- I-Ichigo. - wyjąkałem. Raptownie przyciągnął mnie do siebie, chowają swoją twarz w zagłębieniu mojej szyi. Wciągnął głęboko powietrze.
- Zatem Ichigo...Nie powinieneś był tu przychodzić. - powiedział, a ja kątem oka dostrzegłem jak wydłużają mu się zęby. Był co raz bliżej od zatopienia kłów w moim ciele, a ja nie mogłem się ruszać. Pewnie było by po mnie, gdyby nie głos mojej matki :
- STÓJ!
Albinos gwałtownie odsunął się ode mnie i oceniając siłę kolejnej potencjalnej ofiary, wstał.
- Nie rób mu krzywdy... - wyszeptała, nie patrząc na mnie. Nagle nieznajomy złapał mnie za ramię i mocno trzymając, wbił w nie swoje pazury. Syknąłem z bólu.
- Czemu miałbym cię posłuchać? - zapytał, kpiąco się uśmiechając.
- Weś mnie...zamiast niego... Błagam. To moje dziecko...
- Zgoda. - o dziwo przystał na to bez większych komplikacji. Puścił mnie, a ja niczym kukiełka osunąłem się na ziemię, jednocześnie mając wzgląd na to, co działo się później.
Albinos w sekundę znalazł się przy mojej matce, która przerażonym wzrokiem nakazywała mi uciekać i nie patrzeć na to co zaraz się stanie. Ale ja jak zwykle jej nie posłuchałem. Zęby wampira wydłużyły się ponownie, wybijając się w jej bladą szyję. Usłyszałem jej zduszony krzyk, kiedy tamten mężczyzna wypijał z niej życiodajny płyn. Chwilę później było już po wszystkim. Moja matka po prostu rozsypała się w proch, zniknęła. Zostałem sam, gdyż nieznajomy odszedł już w swoją stronę. Bezszelestnie - tak samo jak się pojawił.
Moje rozszerzone do wielkości spodków oczy zaszły łzami, a po okolicy rozszedł się przepełniony bólem i bezradnością wrzask.
*
Od tamtego wydarzenia minęło 7 lat. Obecnie, kończąc lat 16 stanąłem u progu dorosłości. "Taryfa ulgowa" się skończyła - a o tym nalepiej wiedzieli zdesperowani mieszkańcy miasta.
Od śmierci mojej matki zamknąłem się w sobie, mówienie o uczuciach było dla mnie trudnością. Jedyny plus był taki, że moje więzi z rodziną zacieśniły się. Ojciec stał się dla mnie podporą, siostry największym skarbem, który pragnąłem chronić.
Żeby nie było - wyjaśnię teraz parę niedomówień w historii. Co pomocą, po którą udał się mój ojciec? Nie otrzymaliśmy jej. Okazało się, iż miasteczko sąsiadujące z zamkiem zostało zupełnie wyludnione. Nie było tam żywej duszy, nie licząc paru wychudzonych koni, krów, owiec i kur. Jedyne, co wskazywało na wcześniejszą obecność tam ludzi, to zaschnkęte ślady krwi w domostawach. Chyba domyślcie się już, co tam zaszło. Kolejne pytanie, na które wypadałoby odpowiedzieć, to to, czy nie próbowaliśmy podjąć jakiś kroków w stronę zgładzenia potwora. No właśnie. W chwili, gdy opowiedziałem ludziom, co się stało, nikt nie chciał mi wierzyć. To dopiero mój ojciec odkrył prawdę w tym, co mówiłem i poparł mnie. Nie zapomnę tego do końca życia. Teoria nabrała z czasem wiarygodności. Różne grupy mężczyzn wyruszyły na podbój zamku, ale żadna nie wróciła. Mój ojciec nie zabraniał uciekać, ratować siebie i majątek. Jedynie 2 rodziny odeszły. Powód tego jest dość prosty. Mianowicie - człowiek to istota leniwa. Niewielu ludziom z wioski chciało się zaczynać wszystko od nowa. Poza tym zawsze istnieje nadzieja, której wszyscy rozpaczliwe się chwytają. Każdy wmawiał sobie coś w stylu "To niedługo się skończy." albo "Mnie to nie dotyczy."
Jednak ludzie stawali się co raz bardziej przybyci i zdesperowani. W końcu wymyślili taki pomysł, że klękajcie narody.
Tylko mnie jednemu udało się zobaczyć wampira i przeżyć. Jedyne, co utrzymywało mnie w tym, że to wszystko nie było tylko snem, to blizna na ramieniu - pozostałość po pazurach mężczyzny.
Mimo iż czułem się trochę jakby "naznaczony wybraniec" to nienawidziłem albinosa z całego serca. W nocy często nawiedziły mnie koszmary, z wampirem w roli głównej. Śniłem o tym, jak zabijał mi matkę, z każdą nocą przeżywałem jej śmierć od początku. Nabyłem się przez to pewnego rodzaju traumy.
Ale to co wymyślili ludzie z wioski było kompletnym debilizmem. Pomysł z dupy wzięty, aby właśnie mnie uznać za przyczynę ataków wampira i złożyć w ofierze. Pod nieobecność mojego ojca, kiedy przechadzałem się po rynku, nagle ktoś pozbawił mnie przytomności i naciągnął na głowę worek.
Ogarnęła mnie ciemność, której pozbawiono mnie w sposób okrutny, gdy byłem jeszcze w stanie omdlenia, przywiązany do wysokiego pala na środku placu. Niczym wiedźma mającą zostać spalona na stosie ._. To przynajmniej byłaby w miarę szybka śmierć w porównaniu do tego, co dla mnie szykowali. Ocknąłem się z krzykiem w chwili, gdy któryś z tych idiotów naciął mi skórę na policzku. Z rany dość głębokiej, by można było zwijać się z bólu, wypłynęła natychmiast krew, wyznaczając sobie ścieżkę po mojej szyi aż do białej, lnianej koszuli która nią nasiaknęła.
- A oto i winny nieszczęściu, które spadło na nas i nasze dzieci! - wygłaszał ktoś, wskazując w moją stronę ostrzem noża, którym mnie pocięto.. - Złożymy go w ofierze istocie, którą sprowadził, prosząc pobożnie aby przyjął jego mięso, a nas i naszych bliskich raczyła zostawić w spokoju! Ktoś jest przeciw? Nie? Zatem zaczynamy! Kurosaki Ichigo skazany na śmierć przez poderżnięcie gardła zostanie najpierw poddany paru torturom, mającym na celu wyciśnięcie z niego jak największej ilości przeklętej krwi! - wygłoszeniu wyroku towarzyszyło parę okrzyków radości, poparcia i podnieconych szeptów. Banda idiotów! Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy nie było mi do śmiechu ani trochę. Chyba możecie to sobie wyobrazić, prawda? Zwłaszcza, że nie żartowali i naprawdę byli gotowi mnie zabić.
Mój potencjalny kat zbliżał się do mnie, a ja próbowałem się jakoś wyrwać, miotając wściekłe niczym ryba wyjęta z wody. Nie miałem jednak szans, więzy trzymały mocno.
Właśnie wtedy stało się coś, co miało ogromny wpływ na moją (i nie tylko) przyszłość..
- Co wy robicie!? - z czubka pala do którego byłem przywiązany zaskoczył biały wampir, odziany w czerń. Jego peleryna szeleścia na wietrze. Jego głos był pewny siebie, opanowany, choć niemal ociekający jadem. Wszyscy ludzie obecni w pobliżu zamarli. Nikt nie śmiał odpowiedzieć. - Mam rozumieć, że jesteście niemowami?
- Eee...Czemu o to pytasz? - jakaś kobieta zdobyła się na odwagę, aby odpowiedzieć. Co prawda pytaniem, ale liczy się efekt.
- Zwabiliście mnie tu zapachem świeżej krwi i jeszcze się dziwisz, że pytam!? - "Uhuu wkurzyła go..." - przemknęło mi przez myśl.
- Więc..to ty jesteś tym potworem?? - nie rozumiałem, jak można prowadzić dialog samymi pytaniami. Nawet, jeśli niektóre były retoryczne.
- Możemy się łatwo przekonać. - postępy składniowe. Albinos w mniej niż sekundę pokonał odległość ok.15 metrów, znalazł się w samym środku ludu, gdzie stała kobieta i jednym ruchem dłoni poderżnął jej gardło. Przerażeni świadkowie rozbiegli się w popłochu. Co odważniejsi mężczyźni chwycili co mieli pod ręką i rozeznawszy się w sytuacji, rzucili na mężczyznę. Wygrał z całą zagrają. Bardzo dobrze znał się na sztukach walki i umiał je stosować w swoim wyspecjalizowanym, brutalnym stylu. Po chwili wszyscy leżeli na ziemi. Najlżejsze z ich obrażeń to powykręcane kończyny. Wampir zdobył moje uznanie. I respekt. Nie zmieniało to jednak faktu, że zabił moją matkę i nie zawachałbym się wbić mu kołka w miejsce serca, którego ta bestia nie posiadała...
Nagle znalazł się tuż za mną, rozciął więzy krępujące moje ruchy i przerzucił sobie mnie przez ramię. Nie miałem siły protestować, po prostu po raz kolejny straciłem przytomność, zapewne przez zbyt dużą utratę krwi.
*
Obudziłem się całkiem nagi, przykryty cienkim materiałem, na twardym, kamiennym, prowizorycznym łóżku. Było cholernie zimno. Uniosłem się na łokciach i rozejrzałem. Nie kojarzyłem tamtego miejsca zupełnie. Ostatnie, co zapamiętałem to to, że zostałem porwany przez wampira. Wampira, którego nienawidziłem z całego serca.
Gdy to wszystko już sobie uświadomiłem, zbladłem. Porwała mnie rządna krwi istota, a z jakiegoś powodu ciągle żyłem. Byłem cały (i nagi, ale to inna kwestia) Ewidentnie coś tu nie grało.
Przeszedł mnie dreszcz, dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że szczękam zębami. Usiadłem na kamiennym "łożu". Przetarłem oczy, obowiązałem biodra materiałem, który wcześniej służył mi za kołdrę i wyruszyłem na poszukiwania swoich ubrań.
Po wyjściu z komnaty, w której się znajdowałem, moim oczom ukazał się ciemny korytarz, rozświetlony mdłym światłem. Nie było żadnych okien. Po zastanowieniu się doszedłem do wniosku, że byłem w zamku. Zamek ten musiał być zamieszkiwany przez albinosa - pełnił funkcję jego kwatery.
Miałem wrażenie, że w całym korytarzu słychać bicie mojego serca. W końcu dotarłem do kolejnej komnaty. Było tam jeszcze ciemniej niż w poprzednich miejscach.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy dostrzegłem swoje ubrania leżące na wielkim, okrągłym stole stojącym po środku sali. Podszedłem tam od razu, ale gdy już po nie sięgnąłem, moja ręka natrafiła tylko na zimny blat. "No pięknie, zaczynam mieć halucynacje" - stwierdziłem w myślach. Podszedłem do drzwi w rogu komnaty. Szepnąłem za nie, ale nie chciały się otworzyć. Noż cholera...
Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Z braku lepszych pomysłów ułożyłem się na stole i zamknąłem oczy. Próbowałem zasnąć, ale nie za bardzo mi się to udawało. Po jakiś 15-stu minutach, które wydawały mi się wiecznością, otworzyłem oczy.
Zamarłem z przerażenia - serce podeszło mi do gardła - kiedy okazało się, że ON stoi tuż nade mną. Wrzasnąłem i zerwałem się ze stołu na równe nogi.
- W co ty pogrywasz?!? - wyrzuciłem z siebie.
- W nic. - odparł krótko, mierząc mnie wzrokiem.
- Czemu mnie tu przyprowadziłeś? - jego chłodny, głęboki głos "zachęcił mnie" do spuszczenia nieco z tonu.
- Nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć.
- He? - no tym mnie powalił. Porywa mnie taki jeden i nie może nawet odpowiedzieć po co. Ludzieeee!!
- Dowiesz się w swoim czasie. - dodał, jakby czytając mi w myślach. Nie wiedziałem co mógłbym jeszcze powiedzieć, więc siedziałem cicho. Atmosfera była gęsta, czułem się nieswojo.
- Chodź ze mną. - Uff myślałem, że się nie doczekam. Posłusznie ruszyłem krok w krok za wampirem. Dałem mu się poprowadzić do drzwi, których wcześniej nie udało mi się otworzyć. On za to nie miał z tym problemu. Zeszliśmy po schodach i stręciliśmy w korytarz, który wyglądał dokładnie tak samo jak poprzedni. A to ci niespodzianka.
Straciłem orientację. Nie wiedziałem, czy znajdujemy się pod ziemią, czy może zeszliśmy z najwyższego punktu zamku? Bałem się zapytać. W końcu weszliśmy do kolejnej komnaty. Ta była o wiele przytulniejsza niż pozostałe. Była jaśniejsza, posiadała czerwony, puchaty dywan. W koncie stała sofa, zaś na środku naprawdę sporych rozmiarów łóżko. Dalej regał z książkami, biurko i szafa.
- Od teraz będziesz mieszkać tutaj.. - oświadczył po czym otworzył szafę. Wręcz oślepił mnie blask bijący od ubrań się w niej znajdujących. Szybko podszedłem i wybrałem sobie coś ciepłego. Nie minęła chwila, kiedy wreszcie przestałem świecić gołym tyłkiem. W tym samym czasie albinos usiadł sobie na łóżku. Gdy się ubrałem, skienieniem przywołał mnie do siebie. Wykonałem polecenie bez najmniejszego protestu. Zupełnie nie wiem, gdzie podziała się moja duma. I nienawiść. Ale tak się po prostu nie da. ON w każdej chwili mógł przestać być dla mnie miły. Moje życie zależało od tego, czy będę posłuszny w stosunku do niego. Nie podobało mi się to ani trochę. Słuchać się zabójcy własnej matki. Ja powinienem się ZEMŚCIĆ! NO HELOŁ. A tymczasem niewiele brakowało, żebyśmy zaparzyli sobie herbatki i zaczęli rozmawiać o pogodzie.
- Czemu tu jestem? - ponowiłem pytanie. Starałem się mówić głośno, powoli i wyraźnie, aby mógł mnie dobrze zrozumieć ._.
- Już odpowiedziałem na to pytanie. Nie chcę mi się powtarzać. - westchnął, a mnie ręce opadły.
- Kiedy będę mógł stąd odejść?
- Jeszcze więcej pytań? Ehhh - gestem zachęcił mnie, abym usiadł obok niego. "A w życiu!" - pomyślałem i wydąłem usta w grymasie.
- Nie mam najmniejszego zamiaru obcować z tobą w jednym pomieszczeniu! - fuknąłem gniewnie. Cały mój strach zdawał się wyparować. Jednak tylko na pewien czas. Wszystko było zaplanowane, co do minuty. Dowiedziałem się o tym później.
- Wyleczyłem ci rany. Powinieneś być mi wdzięczny. - jakby na potwierdzenie jego słów odruchowo przyłożyłem rękę do policzka. Faktycznie. Po dawnym rozcięciu nie było ani śladu.
- Taaa wyleczyłeś jedno, zadasz drugie. Pieprzony wampir. - odwróciłem się do niego tyłem. Podszedłem do drzwi, próbując je otworzyć, ale ani drgnęły.
-...coś ty powiedział? - dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Chyba. Trochę. Go. Wkurzyłem. Babka, która zrobiła to ostatnim razem, wąchała już kwiatki od spodu. Wampiry to żądane krwi bestie, gotowe zabić dla zasady. Co ja sobie myślałem, drażniąc go? W końcu moja matka oddała za mnie życie. Chciała, żeby żył. Żebym drugi raz nie zmarnował szansy, którą mi dała. Przerabiałem to już z ojcem tyle razy, że głowa mała.
- Yyyy nic ważnego..- chyba niezbyt go przekonałem. Powoli, niczym zwierzę, przysunąłem się w stronę łóżka, na którego brzegu grzecznie usiadłem.
- Tym razem ci odpuszczę. - powiedział to na tyle groźnie, że zrezygnowałem z dalszych prób denerwowania go. Znowu zrobiło się cicho. Chciałem zapytać o pierdyliard spraw, ale przecież odpowiadanie na nie to dla królewicza za dużo zachodu.
W pewnym momencie albinos przysunął się do mnie. Wzdrygnąłem się lekko i skuliłem.
- Boisz się mnie? - zapytał wampir. Niepewnie kiwnąłem głową. - Niepotrzebnie. Nie zrobię ci krzywdy. Ale nie zniosę też chamstwa. Więc jeśli ci życie miłe, trzymaj czasem język za zębami..
- Uhum. - mruknąłem cicho. Nagle jego głowa spoczęła na moich kolanach. Po prostu wziął i się na mnie ułożył, jak na cholernej poduszce.
- Możesz zadawać mi po jednym pytaniu dziennie. - wyszeptał, patrząc na mnie z pod przymrużonych oczu.
- W takim razie...jak się nazywasz? - wypaliłem.
- Hichigo Shirosaki. Jestem zaskoczony, że spytałeś właśnie o to...
- Czemu?
- To już kolejne pytanie. - odpowiedział chytrze. - No ale dobrze. Miałem na myśli całe te twoje przesłuchanie. A jestem zaskoczony, bo mogłeś zapytać o cokolwiek innego. Dlaczego tu jesteś, kiedy odejdziesz, czy w ogóle opuścisz to miejsce...a ty po prostu pytasz mnie o imię.
- Cóż - westchnąłem cicho - W końcu spotkaliśmy się już nie raz. Przy naszym pierwszym spotkaniu ty właśnie o to mnie zapytałeś, więc..- przerwał mi odgłos chrapania. Spojrzałem z irytacją na Hichigo, ale ten zasnął z głową na moich kolanach. Z takim to naprawdę...trzeba mieć cierpliwość...
W tym samym momencie zdałem sobie sprawę, iż nawet ktoś tak groźny i nieprzewidywalny jak on, potrafi przez chwilę stać się nieszkodliwy. Za to ja...zacząłem rozglądać się po pokoju za potencjalną bronią. Niczego takiego nie znalazłem w zasięgu wzroku. Poruszyłem delikatnie nogą, próbując wstać. Serce stanęło mi w gardle, kiedy Shirosaki zawarczał cicho przez sen. Westchnąłem z irytacją. Po chwili patrzenia na niego i odgarniania mu jego śniżnobiałych kosmyków włosów z twarzy, również poczułem się senny. Odchyliłem się więc do tyłu, opadając na miękki materac. Zamknąłem oczy.
Chciałem, żeby to wszystko okazało się jedynie złym snem...
*
Minął tydzień. Każdego dnia Hichigo odwiedzał mnie w mojej komnacie i pozwalał zadać jedno pytanie, które z czasem zmieniało się w dyskusję. Kiedy się zmęczył, zapadał w sen oparty o mnie. Ja brałem z niego przykład i również odpływałem na parę godzin. Gdy się budziłem, już go przy mnie nie było. Zamiast niego znajdowałem obok siebie tacę pełną jedzenia i picia.
Ósmego dnia było tak samo. Zjadłem śniadanie pozostawione przez wampira i nudziłem się do południa. Ok.17 rozległo się krótkie pukanie. Hichigo przyniósł kolejną tacę z jedzeniem. Kiedy zjadłem, przyszła pora na moje pytanie.
- Czemu to akurat ja tutaj jestem? - nastała cisza. Albinos przymrużył lekko oczy i przysiadł się bliżej.
- Nasze pierwsze spotkanie.
- Hę?
- Ile to było lat temu?
- Etto ... 7.
- Dokładnie to pamiętam. Byłeś jeszcze dzieckiem. Twoja matka oddała za ciebie życie...
- Taaa..Właśnie za to cię nienawidzę...- wyznałem. Miał prawo wiedzieć, co do niego czułem.
- Nienawidzisz mnie? - w jego oczach na chwilę zagościł smutek. Zauważyłem to. Przez chwilę miałem problem z dalszym popieraniem swojej nienawiści. Ale wystarczył mi moment, żebym tylko przypomniał sobie jej śmierć.
- Jeszcze się pytasz? - zacisnąłem dłonie w pięści. - Zabiłeś ją...tak po prostu...Jesteś zwykłym mordercą...- po policzku spłynęła mi słona kropla. To bolało...naprawdę bolało...
Hichigo nic nie powiedział. Po prostu objął mnie i przetarł łzę rękawem. Nie protestowałem, nie odsuwałem się.
- Zapytałeś, czemu to ciebie tu przyprowadziłem.. - wyszeptał mi do ucha. Kiwnąłem głową na znak, żeby kontynuował. - To dziwne...Naprawdę dziwne, ale kiedy tamtej nocy wróciłem do zamku..poczułem wyrzuty sumienia. Pierwszy raz w życiu. Zabiłem kobietę, z którą silnie związany był jej syn. Pewnie reszta rodziny również..Dlatego, żeby choć częściowo pozbyć się winy, obserwowałem cię codziennie. Patrzyłem, jak sobie radzisz, czy nie dzieje ci się krzywda.. Nieraz chciałem po prostu wyjść z ukrycia i cię przeprosić..Wampiry żyją wiecznie, co równa się dla mnie ciężkim sumieniem na zawsze. Nie myśl o mnie jak o potworze - z każdą kolejną zbrodnią czuję coraz większe obrzydzenie do samego siebie. Ale to ty to wszystko zapoczątkowałeś. Wcześniej po prostu nie miałem żadnych skrupułów. Kiedy zobaczyłem, jak ci ludzie z wioski cię potraktowali, nie mogłem dłużej czekać i ujawniłem się, żeby cię ratować. Nigdy jeszcze nie narażałem się dla nikogo - dodał po chwili. Ja tymczasem przeżyłem istny szok. - Miałem 7 lat na zdanie sobie sprawy z tego, że...według książek jestem zakochany. - zakończył, a mnie mowę odjęło. Zakochany?! We mnie?!
- A-aleee..C-coooo....
- Widzę, że trochę cię zaskoczyłem - uśmiechnął się pod nosem. - Przyjdę do ciebie jutro. Masz teraz czas, żeby sobie wszystko przemyśleć. I jeszcze jedno. Przepraszam. Naprawdę mi przykro, że zabrałem ci matkę.. - to były szczere przeprosiny. Miał czyste spojrzenie, nieco zasmucone. Naprawdę żałował...Zrobiło mi się go szkoda. Ludzie zabijali i jedli zwierzęta, a on...Robił to samo z nimi.
Położyłem się na łóżku i opatuliłem kołdrą. Nie było jeszcze późno; wręcz przeciwnie - rozmawialiśmy krócej niż zazwyczaj. A mimo to strasznie zmęczyłem się tą konwersacją. W dodatku byłem zmuszony spać sam. To wielkie łoże wydawało mi się przeraźliwie obce i zimne bez ciepła drugiej osoby...nawet jeśli była ona wampirem..Westchnąłem, co zdarzało mi się coraz częściej. On mnie kochał...żałował swojej zbrodni...cierpiał w samotności. W ciemnym, cichym zamku na odludziu.
Wreszcie udało mi się zasnąć. Tej nocy miałem dziwny sen. Pojawiła się w nim matka, ale po raz pierwszy od wielu lat w nim nie umierała. Gładziła mnie po włosach i powiedziała, że bez względu co zrobię, ona zawsze będzie mnie kochać. Cóóóż, potraktujcie to jako usprawiedliwienie moich późniejszych poczynań...
CDN...
***************************************************************************
Tutaj pragnę jeszcze podziękować Wam za waszą aktywność. Pod poprzednim postem pojawiły się komentarze mówiące m.in. o tym, iż pisanie idzie mi co raz lepiej! Niezmiernie się z tego powodu cieszę i dziękuje autorkom komów ^^
Chce także napisać, że wszystkie wasze propozycje na parringi biorę pod uwagę i wpisuję w grafik ;3 Możecie pisać o nich zawsze, na pewno o nich nie zapomnę :)
Za dwa tygodnie uraczę Was opowiadaniem z parringiem Nezumi x Shion (no.6) Nie jestem pewna, czy wszyscy znają to anime/powieść/mange. Jeśli nie, to macie 2 tygodnie na zapoznanie się z tym trochę ^^ Anime jest naprawdę genialne ( tylko 11 odcinków ;---; ), manga wydawana jest w Polsce na bieżąco (mam 1 tooom ^^), do tego wszystkiego dochodzi powieść ( dostępna po polsku pod tym linkiem :
http://rokutousei-no-yoru-kuroneko.blogspot.com/p/no6.html ). To także polecam, aczkolwiek w opku będę się odnosić do anime, ze wzgledu na to, iż no.6 jest najbardziej znane pod tą postacią :33 ( np.Inukashi <tzw. psiara> będzie kobietą, Shion będzie mieć oczy czerwone <nie fioletowe> , a Hamlet nie będzie szary tylko biały XDD).
Dziękuje za przeczytanie《i zrozumienie!!*》 mojego marnego wytłumaczenia
*jeśli ktoś czegoś nie zrozumiał niech zapyta wprost pod spodem xD
I jeszcze coś o opku. Jest straaasznie długie. To rzadkość jak na mnie i mojego lenia xD Jest poprawioną wersją z mojego poprzedniego bloga z dodaną kontynuacją. Czyli 2 części w jednym :>> Na szczęście to nie koniec, a jeszcze dalszą kontynuację dodam jakoś w przyszłym tygodniu ^^ radzę więc sprawdzać na bieżąco.
Cóż, jestem strasznie ciekawa waszych opinii ^^ Zapraszam do lektury!
*****************************************************************************************
Karakura, rok 1139
Wszyscy mieszkańcy naszego małego miasteczka wracają do swoich domów na chwilę przed zachodem słońca. Jeśli członek przykładowej rodziny nie wróci do mieszkania przed zmrokiem, rodzina i tak ma obowiązek zamknąć za nim drzwi na cztery spusty, licząc się z tym, że ta osoba już nie wróci.
Pewnie myślisz sobie, czemu tak jest. Czemu, gdy ktoś nie wróci przed czasem, żegna się z życiem.
Powodem jest zamek stojący niedaleko naszej wioski. Lub ściślej mówiąc, mieszkaniec owej kamiennej budowli. Jest nim Hichigo Shirosaki, o którym właśnie, między innymi, będzie ta opowieść.
Nazywam się Ichigo Kurosaki. Mój ojciec jest szlachcicem, panem okolicznych ziem. Kiedy osiadł się w Karakurze razem z moją matką, jak i swoim ludem, pobliski zamek już tam stał. Wszyscy myśleli, że jest opuszczony, chociaż szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czemu tak uważali, nawet nie sprawdziwszy. Cóż, nieważne. W każdym razie, mylili się, żyli w błędzie ok.3 lat. Wtedy ja przyszedłem na świat. Jako dziedzic niewielkiej fortuny moich rodziców, byłem traktowany w mieście z należytym szacunkiem. Miałem wielu przyjaciół, których mimo różnicy statutów, traktowałem na równi ze sobą.
W chwili ukończenia przeze mnie lat 9 (moja matka w między czasie wydała na świat jeszcze dwie moje młodsze siostry) zaczęły się ataki. Mówię tutaj, o tajemniczych zniknięciach co raz to innych osób. Lista zaginionych powiększała się z dnia na dzień. Właściwie... z nocy na noc.
Cokolwiek by to nie było, wywołało wielki strach w wiosce. Moi rodzice zabronili mi wychodzić z naszego domu. Nie był on mały, ale strasznie mi się nudziło. Tymczasem mój ojciec zywoływał wszystkich starców z miasta i razem ślęczeli nad mapą Karakury z ponakreślanymi "X"-ami w miejscach zaginięć. Nie przynosiło to pożądanego efektu = rozwiązaniu problemu, wręcz przeciwnie, zniknięć było co raz więcej. Moja mama wpadła na genialny pomysł sprowadznia z sąsiedniego miasteczka pomocy. Owe miasto znajdowało się za niewielką górą, na której stał zamek. Mój ojciec wziął paru swych ludzi i razem pojechali konno po pomoc. Nie było ich łącznie 2 dni. W tym czasie ja, jako mały rozrabiaka, wymknąłem się z domu tuż po zachodzie słońca. Bardzo stęskniłem się za świeżym powietrzem, jak i przyjaciółmi. Moja matka zajęta była sprawowaniem opieki nad moimi siostrami, więc po prostu skorzystałem z okazji. Niebo zmieniało już barwę, ze złoto-różowo-pomarańczowej na granatową. Pobliski strumień szumiał wesoło. Nagle zobaczyłem przed sobą motyla, którego zachciałem złapać. Pobiegłem za nim co sił, wyciągaąc przed siebie swoje małe rączki. Nim się spostrzegłem, byłem już przy granicy lasu. Rodzice nie pozwalali mi się do niego zbliżać. Gdyby szło się tą puszczą cały czas prosto, w przeciągu ok.45 minut doszłoby się do zamku. Wiedziałem, że powinienem brać nogi za pas, zwłaszcza, że pewnie i tak już zauważono moją nieobecność. Jednak stałem jak wryty, ani myśląc o ucieczce. Wpatrywałem się w ciemność przenikającą drzewa. Zdawało mi się, że coś tam widzę. Moje serce przyspieszyło, kiedy okazało się, że to nie była wcale moja dziecinna wyobraźnia. Ktoś, lub coś, rzeczywiście zbliżało się do mnie, powoli wyłaniając z cienia.
Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Wiatr złowrogo szumiał w koronach drzew. Ale ja cały czas nie ruszałem się z miejsca. Wiedziałem, że to głupie, ale ciekawość wzięła górę. W krótkim czasie już wyraźnie widziałem wysoką, smukłą sylwetkę. Śnieżnobiałe włosy i cerę tego samego koloru. Złoto-czarne oczy przeszywały mnie na wskroś. Po chwili znalazł się ok.metra ode mnie. Wyszedł z mroku. Wyraz twarzy miał spokojny...opanowany. Otaczała go jednak aura grozy i niedostępności. Uklęknął na jednym kolanie, przede mną, przyglądając mi się z ciekawością.
- Jak masz na imię? - zapytał mnie, a ja poczułem jak przebiega mnie dreszcz. Jego głos był głęboki i dostojny. Nie wypadało przy kimś takim milczeć.
- I-Ichigo. - wyjąkałem. Raptownie przyciągnął mnie do siebie, chowają swoją twarz w zagłębieniu mojej szyi. Wciągnął głęboko powietrze.
- Zatem Ichigo...Nie powinieneś był tu przychodzić. - powiedział, a ja kątem oka dostrzegłem jak wydłużają mu się zęby. Był co raz bliżej od zatopienia kłów w moim ciele, a ja nie mogłem się ruszać. Pewnie było by po mnie, gdyby nie głos mojej matki :
- STÓJ!
Albinos gwałtownie odsunął się ode mnie i oceniając siłę kolejnej potencjalnej ofiary, wstał.
- Nie rób mu krzywdy... - wyszeptała, nie patrząc na mnie. Nagle nieznajomy złapał mnie za ramię i mocno trzymając, wbił w nie swoje pazury. Syknąłem z bólu.
- Czemu miałbym cię posłuchać? - zapytał, kpiąco się uśmiechając.
- Weś mnie...zamiast niego... Błagam. To moje dziecko...
- Zgoda. - o dziwo przystał na to bez większych komplikacji. Puścił mnie, a ja niczym kukiełka osunąłem się na ziemię, jednocześnie mając wzgląd na to, co działo się później.
Albinos w sekundę znalazł się przy mojej matce, która przerażonym wzrokiem nakazywała mi uciekać i nie patrzeć na to co zaraz się stanie. Ale ja jak zwykle jej nie posłuchałem. Zęby wampira wydłużyły się ponownie, wybijając się w jej bladą szyję. Usłyszałem jej zduszony krzyk, kiedy tamten mężczyzna wypijał z niej życiodajny płyn. Chwilę później było już po wszystkim. Moja matka po prostu rozsypała się w proch, zniknęła. Zostałem sam, gdyż nieznajomy odszedł już w swoją stronę. Bezszelestnie - tak samo jak się pojawił.
Moje rozszerzone do wielkości spodków oczy zaszły łzami, a po okolicy rozszedł się przepełniony bólem i bezradnością wrzask.
*
Od tamtego wydarzenia minęło 7 lat. Obecnie, kończąc lat 16 stanąłem u progu dorosłości. "Taryfa ulgowa" się skończyła - a o tym nalepiej wiedzieli zdesperowani mieszkańcy miasta.
Od śmierci mojej matki zamknąłem się w sobie, mówienie o uczuciach było dla mnie trudnością. Jedyny plus był taki, że moje więzi z rodziną zacieśniły się. Ojciec stał się dla mnie podporą, siostry największym skarbem, który pragnąłem chronić.
Żeby nie było - wyjaśnię teraz parę niedomówień w historii. Co pomocą, po którą udał się mój ojciec? Nie otrzymaliśmy jej. Okazało się, iż miasteczko sąsiadujące z zamkiem zostało zupełnie wyludnione. Nie było tam żywej duszy, nie licząc paru wychudzonych koni, krów, owiec i kur. Jedyne, co wskazywało na wcześniejszą obecność tam ludzi, to zaschnkęte ślady krwi w domostawach. Chyba domyślcie się już, co tam zaszło. Kolejne pytanie, na które wypadałoby odpowiedzieć, to to, czy nie próbowaliśmy podjąć jakiś kroków w stronę zgładzenia potwora. No właśnie. W chwili, gdy opowiedziałem ludziom, co się stało, nikt nie chciał mi wierzyć. To dopiero mój ojciec odkrył prawdę w tym, co mówiłem i poparł mnie. Nie zapomnę tego do końca życia. Teoria nabrała z czasem wiarygodności. Różne grupy mężczyzn wyruszyły na podbój zamku, ale żadna nie wróciła. Mój ojciec nie zabraniał uciekać, ratować siebie i majątek. Jedynie 2 rodziny odeszły. Powód tego jest dość prosty. Mianowicie - człowiek to istota leniwa. Niewielu ludziom z wioski chciało się zaczynać wszystko od nowa. Poza tym zawsze istnieje nadzieja, której wszyscy rozpaczliwe się chwytają. Każdy wmawiał sobie coś w stylu "To niedługo się skończy." albo "Mnie to nie dotyczy."
Jednak ludzie stawali się co raz bardziej przybyci i zdesperowani. W końcu wymyślili taki pomysł, że klękajcie narody.
Tylko mnie jednemu udało się zobaczyć wampira i przeżyć. Jedyne, co utrzymywało mnie w tym, że to wszystko nie było tylko snem, to blizna na ramieniu - pozostałość po pazurach mężczyzny.
Mimo iż czułem się trochę jakby "naznaczony wybraniec" to nienawidziłem albinosa z całego serca. W nocy często nawiedziły mnie koszmary, z wampirem w roli głównej. Śniłem o tym, jak zabijał mi matkę, z każdą nocą przeżywałem jej śmierć od początku. Nabyłem się przez to pewnego rodzaju traumy.
Ale to co wymyślili ludzie z wioski było kompletnym debilizmem. Pomysł z dupy wzięty, aby właśnie mnie uznać za przyczynę ataków wampira i złożyć w ofierze. Pod nieobecność mojego ojca, kiedy przechadzałem się po rynku, nagle ktoś pozbawił mnie przytomności i naciągnął na głowę worek.
Ogarnęła mnie ciemność, której pozbawiono mnie w sposób okrutny, gdy byłem jeszcze w stanie omdlenia, przywiązany do wysokiego pala na środku placu. Niczym wiedźma mającą zostać spalona na stosie ._. To przynajmniej byłaby w miarę szybka śmierć w porównaniu do tego, co dla mnie szykowali. Ocknąłem się z krzykiem w chwili, gdy któryś z tych idiotów naciął mi skórę na policzku. Z rany dość głębokiej, by można było zwijać się z bólu, wypłynęła natychmiast krew, wyznaczając sobie ścieżkę po mojej szyi aż do białej, lnianej koszuli która nią nasiaknęła.
- A oto i winny nieszczęściu, które spadło na nas i nasze dzieci! - wygłaszał ktoś, wskazując w moją stronę ostrzem noża, którym mnie pocięto.. - Złożymy go w ofierze istocie, którą sprowadził, prosząc pobożnie aby przyjął jego mięso, a nas i naszych bliskich raczyła zostawić w spokoju! Ktoś jest przeciw? Nie? Zatem zaczynamy! Kurosaki Ichigo skazany na śmierć przez poderżnięcie gardła zostanie najpierw poddany paru torturom, mającym na celu wyciśnięcie z niego jak największej ilości przeklętej krwi! - wygłoszeniu wyroku towarzyszyło parę okrzyków radości, poparcia i podnieconych szeptów. Banda idiotów! Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy nie było mi do śmiechu ani trochę. Chyba możecie to sobie wyobrazić, prawda? Zwłaszcza, że nie żartowali i naprawdę byli gotowi mnie zabić.
Mój potencjalny kat zbliżał się do mnie, a ja próbowałem się jakoś wyrwać, miotając wściekłe niczym ryba wyjęta z wody. Nie miałem jednak szans, więzy trzymały mocno.
Właśnie wtedy stało się coś, co miało ogromny wpływ na moją (i nie tylko) przyszłość..
- Co wy robicie!? - z czubka pala do którego byłem przywiązany zaskoczył biały wampir, odziany w czerń. Jego peleryna szeleścia na wietrze. Jego głos był pewny siebie, opanowany, choć niemal ociekający jadem. Wszyscy ludzie obecni w pobliżu zamarli. Nikt nie śmiał odpowiedzieć. - Mam rozumieć, że jesteście niemowami?
- Eee...Czemu o to pytasz? - jakaś kobieta zdobyła się na odwagę, aby odpowiedzieć. Co prawda pytaniem, ale liczy się efekt.
- Zwabiliście mnie tu zapachem świeżej krwi i jeszcze się dziwisz, że pytam!? - "Uhuu wkurzyła go..." - przemknęło mi przez myśl.
- Więc..to ty jesteś tym potworem?? - nie rozumiałem, jak można prowadzić dialog samymi pytaniami. Nawet, jeśli niektóre były retoryczne.
- Możemy się łatwo przekonać. - postępy składniowe. Albinos w mniej niż sekundę pokonał odległość ok.15 metrów, znalazł się w samym środku ludu, gdzie stała kobieta i jednym ruchem dłoni poderżnął jej gardło. Przerażeni świadkowie rozbiegli się w popłochu. Co odważniejsi mężczyźni chwycili co mieli pod ręką i rozeznawszy się w sytuacji, rzucili na mężczyznę. Wygrał z całą zagrają. Bardzo dobrze znał się na sztukach walki i umiał je stosować w swoim wyspecjalizowanym, brutalnym stylu. Po chwili wszyscy leżeli na ziemi. Najlżejsze z ich obrażeń to powykręcane kończyny. Wampir zdobył moje uznanie. I respekt. Nie zmieniało to jednak faktu, że zabił moją matkę i nie zawachałbym się wbić mu kołka w miejsce serca, którego ta bestia nie posiadała...
Nagle znalazł się tuż za mną, rozciął więzy krępujące moje ruchy i przerzucił sobie mnie przez ramię. Nie miałem siły protestować, po prostu po raz kolejny straciłem przytomność, zapewne przez zbyt dużą utratę krwi.
*
Obudziłem się całkiem nagi, przykryty cienkim materiałem, na twardym, kamiennym, prowizorycznym łóżku. Było cholernie zimno. Uniosłem się na łokciach i rozejrzałem. Nie kojarzyłem tamtego miejsca zupełnie. Ostatnie, co zapamiętałem to to, że zostałem porwany przez wampira. Wampira, którego nienawidziłem z całego serca.
Gdy to wszystko już sobie uświadomiłem, zbladłem. Porwała mnie rządna krwi istota, a z jakiegoś powodu ciągle żyłem. Byłem cały (i nagi, ale to inna kwestia) Ewidentnie coś tu nie grało.
Przeszedł mnie dreszcz, dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że szczękam zębami. Usiadłem na kamiennym "łożu". Przetarłem oczy, obowiązałem biodra materiałem, który wcześniej służył mi za kołdrę i wyruszyłem na poszukiwania swoich ubrań.
Po wyjściu z komnaty, w której się znajdowałem, moim oczom ukazał się ciemny korytarz, rozświetlony mdłym światłem. Nie było żadnych okien. Po zastanowieniu się doszedłem do wniosku, że byłem w zamku. Zamek ten musiał być zamieszkiwany przez albinosa - pełnił funkcję jego kwatery.
Miałem wrażenie, że w całym korytarzu słychać bicie mojego serca. W końcu dotarłem do kolejnej komnaty. Było tam jeszcze ciemniej niż w poprzednich miejscach.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy dostrzegłem swoje ubrania leżące na wielkim, okrągłym stole stojącym po środku sali. Podszedłem tam od razu, ale gdy już po nie sięgnąłem, moja ręka natrafiła tylko na zimny blat. "No pięknie, zaczynam mieć halucynacje" - stwierdziłem w myślach. Podszedłem do drzwi w rogu komnaty. Szepnąłem za nie, ale nie chciały się otworzyć. Noż cholera...
Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Z braku lepszych pomysłów ułożyłem się na stole i zamknąłem oczy. Próbowałem zasnąć, ale nie za bardzo mi się to udawało. Po jakiś 15-stu minutach, które wydawały mi się wiecznością, otworzyłem oczy.
Zamarłem z przerażenia - serce podeszło mi do gardła - kiedy okazało się, że ON stoi tuż nade mną. Wrzasnąłem i zerwałem się ze stołu na równe nogi.
- W co ty pogrywasz?!? - wyrzuciłem z siebie.
- W nic. - odparł krótko, mierząc mnie wzrokiem.
- Czemu mnie tu przyprowadziłeś? - jego chłodny, głęboki głos "zachęcił mnie" do spuszczenia nieco z tonu.
- Nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć.
- He? - no tym mnie powalił. Porywa mnie taki jeden i nie może nawet odpowiedzieć po co. Ludzieeee!!
- Dowiesz się w swoim czasie. - dodał, jakby czytając mi w myślach. Nie wiedziałem co mógłbym jeszcze powiedzieć, więc siedziałem cicho. Atmosfera była gęsta, czułem się nieswojo.
- Chodź ze mną. - Uff myślałem, że się nie doczekam. Posłusznie ruszyłem krok w krok za wampirem. Dałem mu się poprowadzić do drzwi, których wcześniej nie udało mi się otworzyć. On za to nie miał z tym problemu. Zeszliśmy po schodach i stręciliśmy w korytarz, który wyglądał dokładnie tak samo jak poprzedni. A to ci niespodzianka.
Straciłem orientację. Nie wiedziałem, czy znajdujemy się pod ziemią, czy może zeszliśmy z najwyższego punktu zamku? Bałem się zapytać. W końcu weszliśmy do kolejnej komnaty. Ta była o wiele przytulniejsza niż pozostałe. Była jaśniejsza, posiadała czerwony, puchaty dywan. W koncie stała sofa, zaś na środku naprawdę sporych rozmiarów łóżko. Dalej regał z książkami, biurko i szafa.
- Od teraz będziesz mieszkać tutaj.. - oświadczył po czym otworzył szafę. Wręcz oślepił mnie blask bijący od ubrań się w niej znajdujących. Szybko podszedłem i wybrałem sobie coś ciepłego. Nie minęła chwila, kiedy wreszcie przestałem świecić gołym tyłkiem. W tym samym czasie albinos usiadł sobie na łóżku. Gdy się ubrałem, skienieniem przywołał mnie do siebie. Wykonałem polecenie bez najmniejszego protestu. Zupełnie nie wiem, gdzie podziała się moja duma. I nienawiść. Ale tak się po prostu nie da. ON w każdej chwili mógł przestać być dla mnie miły. Moje życie zależało od tego, czy będę posłuszny w stosunku do niego. Nie podobało mi się to ani trochę. Słuchać się zabójcy własnej matki. Ja powinienem się ZEMŚCIĆ! NO HELOŁ. A tymczasem niewiele brakowało, żebyśmy zaparzyli sobie herbatki i zaczęli rozmawiać o pogodzie.
- Czemu tu jestem? - ponowiłem pytanie. Starałem się mówić głośno, powoli i wyraźnie, aby mógł mnie dobrze zrozumieć ._.
- Już odpowiedziałem na to pytanie. Nie chcę mi się powtarzać. - westchnął, a mnie ręce opadły.
- Kiedy będę mógł stąd odejść?
- Jeszcze więcej pytań? Ehhh - gestem zachęcił mnie, abym usiadł obok niego. "A w życiu!" - pomyślałem i wydąłem usta w grymasie.
- Nie mam najmniejszego zamiaru obcować z tobą w jednym pomieszczeniu! - fuknąłem gniewnie. Cały mój strach zdawał się wyparować. Jednak tylko na pewien czas. Wszystko było zaplanowane, co do minuty. Dowiedziałem się o tym później.
- Wyleczyłem ci rany. Powinieneś być mi wdzięczny. - jakby na potwierdzenie jego słów odruchowo przyłożyłem rękę do policzka. Faktycznie. Po dawnym rozcięciu nie było ani śladu.
- Taaa wyleczyłeś jedno, zadasz drugie. Pieprzony wampir. - odwróciłem się do niego tyłem. Podszedłem do drzwi, próbując je otworzyć, ale ani drgnęły.
-...coś ty powiedział? - dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Chyba. Trochę. Go. Wkurzyłem. Babka, która zrobiła to ostatnim razem, wąchała już kwiatki od spodu. Wampiry to żądane krwi bestie, gotowe zabić dla zasady. Co ja sobie myślałem, drażniąc go? W końcu moja matka oddała za mnie życie. Chciała, żeby żył. Żebym drugi raz nie zmarnował szansy, którą mi dała. Przerabiałem to już z ojcem tyle razy, że głowa mała.
- Yyyy nic ważnego..- chyba niezbyt go przekonałem. Powoli, niczym zwierzę, przysunąłem się w stronę łóżka, na którego brzegu grzecznie usiadłem.
- Tym razem ci odpuszczę. - powiedział to na tyle groźnie, że zrezygnowałem z dalszych prób denerwowania go. Znowu zrobiło się cicho. Chciałem zapytać o pierdyliard spraw, ale przecież odpowiadanie na nie to dla królewicza za dużo zachodu.
W pewnym momencie albinos przysunął się do mnie. Wzdrygnąłem się lekko i skuliłem.
- Boisz się mnie? - zapytał wampir. Niepewnie kiwnąłem głową. - Niepotrzebnie. Nie zrobię ci krzywdy. Ale nie zniosę też chamstwa. Więc jeśli ci życie miłe, trzymaj czasem język za zębami..
- Uhum. - mruknąłem cicho. Nagle jego głowa spoczęła na moich kolanach. Po prostu wziął i się na mnie ułożył, jak na cholernej poduszce.
- Możesz zadawać mi po jednym pytaniu dziennie. - wyszeptał, patrząc na mnie z pod przymrużonych oczu.
- W takim razie...jak się nazywasz? - wypaliłem.
- Hichigo Shirosaki. Jestem zaskoczony, że spytałeś właśnie o to...
- Czemu?
- To już kolejne pytanie. - odpowiedział chytrze. - No ale dobrze. Miałem na myśli całe te twoje przesłuchanie. A jestem zaskoczony, bo mogłeś zapytać o cokolwiek innego. Dlaczego tu jesteś, kiedy odejdziesz, czy w ogóle opuścisz to miejsce...a ty po prostu pytasz mnie o imię.
- Cóż - westchnąłem cicho - W końcu spotkaliśmy się już nie raz. Przy naszym pierwszym spotkaniu ty właśnie o to mnie zapytałeś, więc..- przerwał mi odgłos chrapania. Spojrzałem z irytacją na Hichigo, ale ten zasnął z głową na moich kolanach. Z takim to naprawdę...trzeba mieć cierpliwość...
W tym samym momencie zdałem sobie sprawę, iż nawet ktoś tak groźny i nieprzewidywalny jak on, potrafi przez chwilę stać się nieszkodliwy. Za to ja...zacząłem rozglądać się po pokoju za potencjalną bronią. Niczego takiego nie znalazłem w zasięgu wzroku. Poruszyłem delikatnie nogą, próbując wstać. Serce stanęło mi w gardle, kiedy Shirosaki zawarczał cicho przez sen. Westchnąłem z irytacją. Po chwili patrzenia na niego i odgarniania mu jego śniżnobiałych kosmyków włosów z twarzy, również poczułem się senny. Odchyliłem się więc do tyłu, opadając na miękki materac. Zamknąłem oczy.
Chciałem, żeby to wszystko okazało się jedynie złym snem...
*
Minął tydzień. Każdego dnia Hichigo odwiedzał mnie w mojej komnacie i pozwalał zadać jedno pytanie, które z czasem zmieniało się w dyskusję. Kiedy się zmęczył, zapadał w sen oparty o mnie. Ja brałem z niego przykład i również odpływałem na parę godzin. Gdy się budziłem, już go przy mnie nie było. Zamiast niego znajdowałem obok siebie tacę pełną jedzenia i picia.
Ósmego dnia było tak samo. Zjadłem śniadanie pozostawione przez wampira i nudziłem się do południa. Ok.17 rozległo się krótkie pukanie. Hichigo przyniósł kolejną tacę z jedzeniem. Kiedy zjadłem, przyszła pora na moje pytanie.
- Czemu to akurat ja tutaj jestem? - nastała cisza. Albinos przymrużył lekko oczy i przysiadł się bliżej.
- Nasze pierwsze spotkanie.
- Hę?
- Ile to było lat temu?
- Etto ... 7.
- Dokładnie to pamiętam. Byłeś jeszcze dzieckiem. Twoja matka oddała za ciebie życie...
- Taaa..Właśnie za to cię nienawidzę...- wyznałem. Miał prawo wiedzieć, co do niego czułem.
- Nienawidzisz mnie? - w jego oczach na chwilę zagościł smutek. Zauważyłem to. Przez chwilę miałem problem z dalszym popieraniem swojej nienawiści. Ale wystarczył mi moment, żebym tylko przypomniał sobie jej śmierć.
- Jeszcze się pytasz? - zacisnąłem dłonie w pięści. - Zabiłeś ją...tak po prostu...Jesteś zwykłym mordercą...- po policzku spłynęła mi słona kropla. To bolało...naprawdę bolało...
Hichigo nic nie powiedział. Po prostu objął mnie i przetarł łzę rękawem. Nie protestowałem, nie odsuwałem się.
- Zapytałeś, czemu to ciebie tu przyprowadziłem.. - wyszeptał mi do ucha. Kiwnąłem głową na znak, żeby kontynuował. - To dziwne...Naprawdę dziwne, ale kiedy tamtej nocy wróciłem do zamku..poczułem wyrzuty sumienia. Pierwszy raz w życiu. Zabiłem kobietę, z którą silnie związany był jej syn. Pewnie reszta rodziny również..Dlatego, żeby choć częściowo pozbyć się winy, obserwowałem cię codziennie. Patrzyłem, jak sobie radzisz, czy nie dzieje ci się krzywda.. Nieraz chciałem po prostu wyjść z ukrycia i cię przeprosić..Wampiry żyją wiecznie, co równa się dla mnie ciężkim sumieniem na zawsze. Nie myśl o mnie jak o potworze - z każdą kolejną zbrodnią czuję coraz większe obrzydzenie do samego siebie. Ale to ty to wszystko zapoczątkowałeś. Wcześniej po prostu nie miałem żadnych skrupułów. Kiedy zobaczyłem, jak ci ludzie z wioski cię potraktowali, nie mogłem dłużej czekać i ujawniłem się, żeby cię ratować. Nigdy jeszcze nie narażałem się dla nikogo - dodał po chwili. Ja tymczasem przeżyłem istny szok. - Miałem 7 lat na zdanie sobie sprawy z tego, że...według książek jestem zakochany. - zakończył, a mnie mowę odjęło. Zakochany?! We mnie?!
- A-aleee..C-coooo....
- Widzę, że trochę cię zaskoczyłem - uśmiechnął się pod nosem. - Przyjdę do ciebie jutro. Masz teraz czas, żeby sobie wszystko przemyśleć. I jeszcze jedno. Przepraszam. Naprawdę mi przykro, że zabrałem ci matkę.. - to były szczere przeprosiny. Miał czyste spojrzenie, nieco zasmucone. Naprawdę żałował...Zrobiło mi się go szkoda. Ludzie zabijali i jedli zwierzęta, a on...Robił to samo z nimi.
Położyłem się na łóżku i opatuliłem kołdrą. Nie było jeszcze późno; wręcz przeciwnie - rozmawialiśmy krócej niż zazwyczaj. A mimo to strasznie zmęczyłem się tą konwersacją. W dodatku byłem zmuszony spać sam. To wielkie łoże wydawało mi się przeraźliwie obce i zimne bez ciepła drugiej osoby...nawet jeśli była ona wampirem..Westchnąłem, co zdarzało mi się coraz częściej. On mnie kochał...żałował swojej zbrodni...cierpiał w samotności. W ciemnym, cichym zamku na odludziu.
Wreszcie udało mi się zasnąć. Tej nocy miałem dziwny sen. Pojawiła się w nim matka, ale po raz pierwszy od wielu lat w nim nie umierała. Gładziła mnie po włosach i powiedziała, że bez względu co zrobię, ona zawsze będzie mnie kochać. Cóóóż, potraktujcie to jako usprawiedliwienie moich późniejszych poczynań...
CDN...
***************************************************************************
Tutaj pragnę jeszcze podziękować Wam za waszą aktywność. Pod poprzednim postem pojawiły się komentarze mówiące m.in. o tym, iż pisanie idzie mi co raz lepiej! Niezmiernie się z tego powodu cieszę i dziękuje autorkom komów ^^
Chce także napisać, że wszystkie wasze propozycje na parringi biorę pod uwagę i wpisuję w grafik ;3 Możecie pisać o nich zawsze, na pewno o nich nie zapomnę :)
Za dwa tygodnie uraczę Was opowiadaniem z parringiem Nezumi x Shion (no.6) Nie jestem pewna, czy wszyscy znają to anime/powieść/mange. Jeśli nie, to macie 2 tygodnie na zapoznanie się z tym trochę ^^ Anime jest naprawdę genialne ( tylko 11 odcinków ;---; ), manga wydawana jest w Polsce na bieżąco (mam 1 tooom ^^), do tego wszystkiego dochodzi powieść ( dostępna po polsku pod tym linkiem :
http://rokutousei-no-yoru-kuroneko.blogspot.com/p/no6.html ). To także polecam, aczkolwiek w opku będę się odnosić do anime, ze wzgledu na to, iż no.6 jest najbardziej znane pod tą postacią :33 ( np.Inukashi <tzw. psiara> będzie kobietą, Shion będzie mieć oczy czerwone <nie fioletowe> , a Hamlet nie będzie szary tylko biały XDD).
Dziękuje za przeczytanie《i zrozumienie!!*》 mojego marnego wytłumaczenia
*jeśli ktoś czegoś nie zrozumiał niech zapyta wprost pod spodem xD
Subskrybuj:
Posty (Atom)